| 001 nieuchronność | ||
| ojcowie odchodzą wcześniej. niespodziewanie jakby w interesach odbywali kolejną podróż po jakimś czasie wietrzeje zapach wody kolońskiej i białe koszule nie szeleszczą na sznurze matki wydają się być ze stali. przynajmniej do czasu można im podrzucać dzieciaki jak kukułcze jajka uskarżać na parszywy los. opowiedzieć tajemnicę której i tak się domyślały. zrozumieją. wybaczą są święte. ale o tym dowiadujemy się zbyt późno jeszcze próbujemy przekupić je kolejnym stentem platynowym implantem. tytanową protezą. bezskutecznie odchodzą w obce światy. dręczone szponami rurek w przerażającej plątaninie przewodów i zapachu lizolu bezradnie oczekując na uścisk bliskich dłoni | ||
|
| 002 telepatia | ||
| coraz częściej zdarzają się dziurawe noce budzę się by przesłać telepatyczny przekaz potem modlę się by dotarł do adresata wciągając w to ducha mojej matki. zazwyczaj Jej się udawało załatwić najtrudniejsze sprawy teraz sprawdzam czy nadal mnie słyszy ten ktoś jest tutaj najważniejszy. decyduje o tym kto otrzyma pracę. to drażliwy temat wielu z ukosa patrzy na ręce. z zazdrością pewnie każdy z nich modli się o to samo nie wszyscy mogą być wybrani. najczęściej tacy których ojciec lub matka nie zdążyli odebrać pierwszej emerytury. bo to nie jest żaden wybór a zwykły przypadek że los bierze sprawy w swoje ręce - sypiąc kolejną grudkę ziemi marzec 2004 | ||
|
| 003 na progu ucichnie tęsknota | ||
| trzeba być daleko jak nigdy przedtem. odgadywać obce słowa i własne myśli. zamknąć oczy i widzieć dokąd idziesz przybliżać i oddalać. omijać nieistotne. wierzyć wrócisz. i opowiesz o domach i ogrodach z magnoliami pokażesz fotografie i te wszystkie miejsca którymi zachwycasz się pisząc: szkoda że tutaj was nie ma chcę wiedzieć jak się czujesz, gdy wieczorem kładziesz się spać albo siadasz na progu przeszklonej werandy. wiruje różowy śnieg patrzysz długo a myśli biegną coraz dalej dalej zebrać w garść. usypać drogi ścieżki powracające. ptak poleci jeśli zechcesz. niech ma turkusowe skrzydła. a po drugiej stronie oceanu - twój wymarzony dom. wystarczy wyciąć okna | ||
|
| 004 * * * | ||
| Ewie dni jak latawce nikną pod ołowianym niebem chwytam koniec sznurka. kruszy się jak liść życie ma sens. słyszę twój głos i śmiech. piszesz już coraz krótsze noce. ponad dachami schylone nieruchomieją sosny. przytulam brzozy. czekam pociągi przejeżdżają jak widma. wtedy płaczę żaglówki z nasturcjami połyka niebieska mgła ołowiane ranki nierozpakowane . nie jest dobrze będzie dobrze będzie dobrze będzie dobrze | ||
|
| 005 * * * | ||
| pojawiła się jak fatamorgana szła w twoim kierunku realna jak wtedy gdy ją widziałaś po raz ostatni trzynastoletnią w zielonej sukience ze smużką zastygłą nad pępkiem i wiśniowym śladem wielkości pestki zaczęłaś iść ciągnąc mnie za rękę nie rozumiałem gdy powtarzałaś chodź chodź szybko zobacz to ona nie zobaczyłam także wtedy gdy dotarliśmy na skraj lasu i szukali śladów na wilgotnym piasku płakałaś mówiąc: tutaj tutaj mi zniknęła | ||
|
| 006 * * * | ||
| nie dałam ci synu skrzydeł na których wzbiłbyś się w górę gdzie balsamiczne powietrze światło najłagodniejsze wolny jak orzeł na skale uwiłbyś swoje gniazdo i serce matki roztańczył zachwytem zwilżył oczy nie dałam ci synu pancerza którym byś okrył się szczelnie przed brudem tego świata skrytym ciosem uchronił tak boli ta bezradność za ciebie za siebie za wielu złe moce ogromnieją kradnąc ciepło z dłoni | ||
|
| 007 * * * | ||
| ojciec ciągle nie miał dla mnie czasu nie miał dla mnie czasu dla mnie zachlapałam biurko kleksami zachlapałam poszarpałam rozłożone papiery poszarpałam a gdy rozgniewany chciał mnie ukarać mnie ukarać powiedziałam: odejdź - teraz ja piszę ja piszę rozbawiony wziął mnie na ręce wziął mnie na ręce rozbawiony | ||
|
| 008 * * * | ||
| Jurkowi W. ostatni wiersz ostatnia kromka nie odgadnione zobaczysz jeszcze będzie pięknie jeszcze będzie wspaniale już ranek zbudź się odepchnij koszmary słyszysz - skowronek nawołuje w tańcu słońce zbiera diamenty rozrzucone nocą by ozdobić królestwa przepastne witraże nim zasnęłam księżyc wykąpał się w lesie we śnie zobaczyłam czarne skrzydła ptaków rozcinały błękitność jak stado szarańczy mama oczy podniosła i patrzyła w niebo potem ktoś się zatoczył i upadł na ścieżkę łzą gorzką jak miłość gdy jest i odchodzi napełnił puste brzegi martwej rzeki ogniem i spłonął jak gwiazda na skraju ciemności wstać pora. już świta poranek baśniowy poprzez korony sosen rzuca złote błyski potem kąpie się w rosie prawie do południa i zbiera haftowaną mgłę do wielkich szuflad | ||
|
| 009 Czas podróży | ||
| Jurkowi Ciszewskiemu Jak mur nieprzebyty dzieli mrok od blasku Tak nas od siebie oddzieliłeś nagle Tylko pamięć została jak bursztyn na piasku Jak okręt co odpływa ze złamany żaglem Pieśń nie będzie jasna bo kirem okryta Ale wspomnienie wciąż tak bliskie drogie Nigdy nie zgaśnie jak pamięć o Tobie Głęboko w sercach przyjaciół wyryta Gdy hymn ostatni niosło echo dzwonu Płacz się wyżalił wśród kwietnej powodzi Dzień trwał majowy bez deszczu i gromu Ty odpływałeś na świetlistej łodzi W ocean ciszy i w lustro błękitu Gdzie bezgranicznie zielona równina Kończy widnokrąg a drugi zaczyna I dzień trwa jasny od świtu do świtu Tam gdzie nie dotkną się nawet spojrzenia Skarg nie usłyszysz nie zobaczysz cienia Gdzie myśli błądząc malują obrazy Zda się piękniejsze od świateł witraży Lecz czy w nich prawda się jakaś zawiera Czy tylko wiara która ufać każe W bezkres prowadzi i w złudne miraże Coraz wspanialsze podwoje otwiera Cóż może jeszcze olśnić tak do końca Poruszyć serce by mocniej zadrgało Czy świt w ogrodach Może zachód słońca To niemożliwe Wszystko to za mało 8.05.1993 r. | ||
|
| 010 Nadzieja | ||
| Skąd ta nadzieja że jeszcze raz dotknę Oczu twych płomień barwę słów usłyszę A puls księżyca w poświacie wieczoru Będzie jak wtedy z mgły wyławiał ciszę Jak piórko ptaka zgubione na wietrze Tak nieopatrznie przebiegłeś mi drogę Niosąc w ramionach żar słodkiego lata I chwile szczęścia tak bardzo mi drogie | ||
|
| 011 A w maju serca takie młode | ||
| Wiosna jak szalony artysta rozpryskuje zieloną soczystość z nieprzebranego źródła nadziei Znów wrócił maj złocony mleczem Ważki nad wodą i kaczeńce W koronach drzew zatęsknił słowik I śpiewa tak jak moje serce Czemu nie wracasz szczęścia chwilo Tak trudno ci odnaleźć drogę Przecież otwieram drzwi i okna Cóż jeszcze więcej zrobić mogę Serce zmęczyło się zapachem Bzów i konwalii - może wiśni Ale wystarczy oczu płomień Wystarczy tylko byś się przyśnił | ||
|
| 012 Czy ja muszę lubić jesień | ||
| Czy ja muszę ciebie lubić O jesieni Wiatrem targasz i unosisz pył do góry Nawet ptaki opuszczają ciepłe gniazda Nawet słońce chowa głowę w szare chmury Zamieniłaś piękne kwiaty w smutne osty Trawy zblakły sterczą suche ich łodygi Srebrną nicią pospinałaś czerwień liści Potargałaś koralowe jarzębiny To przez ciebie muszę chodzić w grubym swetrze Ścierać błoto suszyć przemoczone buty W piecu palić aby ogrzać dłoni sople No więc powiedz czy ja mogę ciebie lubić I nie można twego smutku w wiosnę zmienić Ten największy zarzut dzisiaj stawiam tobie Znowu za rok wrócisz w złocie taka sama I nic na to nie poradzę Nic nie zrobię Tyle w tobie melancholii tyle wzruszeń Dni przebytych utraconych bezpowrotnie Dzisiaj znowu mgłą otulasz długi wieczór Patrzysz w niebo Zamyślona stoisz w oknie | ||
|
| 013 jeszcze w zielone gramy | ||
| taras zalany ciepłym blaskiem poranka wynoszę bure osowiałe kojoty wytrzepuję sójki z wełnianych kołder stawiam kokilkę i zapraszam szerszenie samotne pszczoły na ucztę winogronowy rezonans nicnierobienia solo dla dwojga uszu jak kamień z serca bezpiecznie zamykam pozycje spalam się spektakularnie poddaję sublimacji | ||
|
| 014 l i s t | ||
| piszę do ciebie ten list żeby ci powiedzieć że odkąd tamtej zimowej niedzieli odjechałaś tym wielkim białym samochodem z tymi obcymi ludźmi w białych fartuchach nie umiem przestać o tym myśleć piszę do ciebie ten list żeby ci powiedzieć ze odkąd tamtej wiosennej niedzieli odjechałaś tym wielkim czarnym samochodem z tymi obcymi ludźmi w czarnych garniturach nie umiem o niczym innym myśleć a do tamtego domu który wciąż przywołuje sny już nie zaglądam | ||
|
| 015 modlitwa | ||
| gdy niebo nad głową roztrzaskuje się jak filiżanka z porcelany a cały porządek ugładzonego świata zamienia w strzęp pomiętych prześcieradeł gdy życie przetacza się korytarzami przewodów jak słońce ku zachodowi kroplą stygnącej krwi modlisz się żarliwie o przedwczorajszy dzień o jeszcze jedno spojrzenie na cichą zatokę z żaglem łopocącym na słoneczników złote pole i niechby już wrócił dawny ład kiedy świty i zmierzchy splatały się jak pasma warkoczy zegary wirowały jednostajnie można było przywyknąć zrozumieć teraz nie wystarczą prośby ani obietnice aby zmyć lepki popiół nocy zawrócić na tamten brzeg zapomnieć już nie zmarnuję żadnej z chwil tylko daj mi szansę jeszcze raz | ||
|
| 016 * * * | ||
| nie możesz odejść latem bez wody spękają usta i stopy wielce utrudzisz szary kurz tak rani błękit -- nie odchodź nie możesz odejść zimą biel porazi źrenice i ścieżki zgubisz w zamieci tak łatwo odmrozić dłonie -- nie odchodź nie możesz odejść wiosną kwiaty zakwitną i ... dlaczego nie poczekałaś... | ||
|
| 017 spacer w błękicie | ||
| pozdrowienia z Łeby linia horyzontu oddalała się szerokim łukiem i łączyła z linią lasu docierając do brzegu przestrzeń błękitniała niczym pofalowana tafla jeziora ze smugami szmaragdu i jeansowym kolorem horyzontu co kilka metrów dwa rzędy porośniętych mchem pali chlupocząc i mlaszcząc rozcinało strzępiaste jęzory pomiędzy nimi para kaczek wybierała wodorosty na najdalej wysuniętym falochronie samotna mewa cierpliwie czekała na zabieganego partnera zaobrączkowany szary gołąb w zielonym szaliku spoglądał wyniośle wydziobując tajemnicze owady pawie oczka oszlifowanych kamieni zwilżane przypływem błyszczały niczym diamentowy naszyjnik kieszenie mojej kamizelki były coraz cięższe | ||
|
| 018 pomiędzy jawą a snem jest czas na rozmowę | ||
| biłam cię drewnianą szczapą. zardzewiałą hantlą jakimś łańcuchem młotkiem kablem od żelazka nawet się nie broniłeś. przyginałam kark. deptałam choć z obawą że mogę przełamać rdzeń kręgowy zbudził mnie łoskot pociągu i szczekanie psów świtało. ptaki wyśpiewywały arie. raz po raz dzwonił kos. szklanka wody stała w zasięgu ręki z rynien jednostajnie znajomo stukały krople ale ty wciąż żyłeś. nie nie płakałam. mogłam tylko krzyczeć bezgłośnie. nawet się nie wypierałeś dowód był w zasięgu wzroku. przez wszystkie lata płaciłeś aby milczał. i teraz znowu to drugie... drzewa w ogrodzie rozpoczynały codzienny spacer z firanki uwolniłam motyla. trzepotał nad tarasem aż usiadł na zielonych poduszkach winorośli cisza pachniała aromatem kawy. kwitły mandarynki ... nic o tym nie wiem. pewnie też jest twoje. jak mogłeś to tak ukrywać. jak mogłam być ślepa. ślepa jak kret bezsilność tańczyła sznurem na wietrze. spadałam bez spadochronu. głową w dół. jeszcze chwila... | ||
|
| 019 kobieta potrafi | ||
| ...tyle razy chciałam być mężczyzną ale żeby zaraz o tym wiersz pisać... ledwie dotykając pedału gazu próbowałam uruchomić czerwony motocykl brata (bez wciskania sprzęgła). gasł za każdym razem bo pewnie skończyłoby się kilkumiesięcznym gipsem potem na drodze ze szkoły uczyłam dzieciaki wojskowej dyscypliny: "baczność-spocznij-padnij-czołgaj-się" zakwalifikowano to jako zabawę i zbagatelizowano moje zapędy do szkoły wojskowej ale prawdziwą frajdę sprawił mi własny motocykl mogłam dokręcić gaz do dechy. poczuć pęd wiatru we włosach zobaczyć zachwyt w oczach kumpli gdy prosili: "no daj się przejechać kawałek" pamiętam jak po raz pierwszy wsiadłam do wielkiej ciężarówki i wjechałam w łan pszenicy (myląc w lewo na prawo) albo za kierownicą już własnej szarobłękitnej syrenki gdy zjeżdżałam na pobocze każdemu facetowi z naprzeciwka tak faceci muszą się przebierać żeby choć przez chwilę poudawać a kobiety nic robić nie muszą - one potrafią być mężczyznami | ||
|
| 020 but z lewej nogi | ||
| co za jełop z tego pitagona popsuł nowiuśką piłę wymyślił sobie że to radziecka pralka. włączysz - chodzi a po godzinie gotowe i w kostkę poskładane no więc ciął przecinał wycinał przycinał wywracał mokry aż w oknach nosy do szyb co miało znaczyć jak bardzo podziwiają jego szewskie zacięcie myślał jełop że to sala operacyjna i przyszywa ośle uszy co je wieźli na sygnale żeby schodzili z drogi a nie po to aby się nie rozpuściły na całego trociny zbierał w pękate reklamówki ze stokrotki pozawiązywał supełki i zaniósł do piwnicy pod stół będzie robił materacyki dla lalek albo i same lalki barbi jest za chuda i łamie lakierowane paznokcie a na rajskich jabłuszkach zielona i kwaśna skórka skręcona w maszynce do mięsa na zimę jak talala mówię - pitagon nie żłop tanich wynalazków kupuj imbirowe niech warka szleja się z żywcem mezalians na cztery fajerki gasną fajerwerki i pstro robi się w oczach od iskier z lotu ptaka szachownica potrzaskana i pionki poszły w tryby w tibi mater na sybir wracają parami raz dwa zimne nóżki podaj cytrynę i rach-ciach kontrabas cura w pomarańczach chrupiąca skórka palce lizać polewaj a kysz biała mysz sierpień 2004 | ||
|
| 021 hula-hoop | ||
| chowam się za drzwiami i naśladuję kukułkę. czasem wchodzisz pod stół i bawimy się w chowanego. udajemy przez ażurowe oczka nic a nic nie widać. zabawa łuk należy do twego wnuka. obiecaj że wrócisz pozostanę żywy jak drzewo wokół którego toczy się świat wspieraj mnie dopóki nie wypełnię przeznaczenia nieście mnie chmury nieście ptacy. pod stopami niebo nad głową niebo. jutro odbiorę wszystko co do mnie należy a głos myśli płynie dalej dalej... nie boję się dopóki jesteś przy mnie. nic nie jest piękniejsze niż własny świat który jest w zasięgu ręki księżniczki nie tarzają się w łajnie. ujeżdżają lwy popijają nasienie winem. spadają z konia na kruchej jak lód przezroczystej skórze wytryska czerwień za wcześnie na zachwyt i ból ciało obsypane złotym pyłem. hasło-odzew: byle się udało dary: potrawy i ryż w bezcennych naczyniach z brązu jadeitowa zbroja połączona złotą nicią a w środku popiół i pył na nic zda się złote runo. ani koh i noor - królewskie ozdoby czas czyni wszystkich równymi. tak niewiele potrzeba by nakarmić odziać zdjąć ze ścian złocone ramy z rąk do rąk. doktryny dogmaty. głębsze poznanie zwiększa ufność. dziel i rządź. nosisz białą szatę zbawiciela. kto napnie łuk - w nagrodę - hurysa listopad 2003 | ||
|
| 022 długa podróż | ||
| nie mogę przysiąc że nie myślę o nim. ale inaczej zupełnie inaczej deszcz pada zimą a inaczej latem gdy szumią drzewa i wzbiera potok i tak szemrze śpiewa nocna ulewa. wtedy myślę o nim. bo nocą oczy ciemności płoną i migocą. i błądzić każą po górskich wertepach wciąż takie same jak wtedy - manowce. cudne splątania znaczone szyszkami. na leśnych ścieżkach płonęły paprocie. płynęły za nami jak morze ognia niegasnące zorze. dotykiem tkliwym pośród ziół na łące wirowały wody pod błękitem nieba. i rosła cisza jedna na tysiące gdy chcesz zatrzymać szczęścia łzy w ramionach tulić czy trzeba coś więcej... | ||
|
| 023 czerwiec pachnie jaśminem i lipą | ||
| cicho szczerbiec (nie szczekaj); siadaj. upał. drzemią drzewa zaplątane w dzikie wina domy lśnią wypachniało bzem w ogrodach przetańczyło kwiatem w drzewach uśmiechnięte okiennice jak ramiona do powitań; ( w takiej chwili tylko milczeć głaszcząc psa ) cicho szczerbiec ( nie szczekaj ) dobre buty i ulice w białe pasy jakby wprost do europy wyznaczały nowy szlak. stadion hala kryty basen. amfiteatr - festiwale by Klimczuka zapomnianą śpiewać pieśń ( sprzed pałacu z piskiem opon ruszył wóz ) cicho szczerbiec ( nie szczekaj ) przed fontanną skrawek bruku a z dziedzińca tak jak niegdyś rusza w bór król Stanisław z rycerzami słychać tętent w leśnych chaszczach gdy strzał śmignął sarna znikła kozie nic zakrzyknął król ( wracajmy cicho. szczerbiec do nogi ) | ||
|
| 024 zachód | ||
| na horyzoncie gaśnie płomień w szmaragdu bezkres zanurzony różową magię zmierzch unosi w nagrzane ciszą drzew korony zbieram bursztyny w mokrym piasku a stopy tańczą w takt symfonii kolejna piana zmywa ślady kamyki sypie wprost do dłoni wieczór się topi w oceanie złotawym różem twarze zdobi płonąca tarcza blasków znika jak żeglarz na samotnej łodzi | ||
|
| 025 wiersze rodzą się bo tak im wygodnie | ||
| wystarczy rzucać słowa jak chmurki w błękit bezkresu a wkrótce spadną jak grad jak deszcz spłyną rynnami pól ziemia wchłonie zapach drzewa zafurkoczą zielonymi skrzydłami rozbłyśnie stubarwna tęcza a resztę sam zobaczysz jeśli będziesz chciał | ||
|
| 026 majówka integracyjna | ||
| już w trakcie zajmowania miejsc nastąpił podział na biznes klasę gdzie coraz częściej strzelały korki a butelki na zakrętach nabierały oznak nieważkości ośmielona reszta nie próżnowała krążąc pomiędzy niczym zakonnice na polu po ściętej kapuście droga wydłużała się jak gumka u majtek podczas podlewania przydrożnych krzewów (można było gasić pragnienie w ramionach kleszczy) o czwartej rano wskazówki spadły tnąc łyk powietrza ślimak skurczybyk zakleszczył rogi w zroszonej trawie poranek wytoczył drabiniasty wóz z balami drewna opuchnięty jak terenówka zatopiona w bagnie utaplani uchachani smakowali radość na wertepach punkty zdobyte obserwacje podsumowane śpiew i skok na bangee zakwalifikowano jako preludium dla samobójców i najważniejsze: zbiorowy koncert na bębenkach pod wodzą afrykańskiego pasjonaty. miodzik. mówię wam istne cudo | ||
|
| 027 przemiana | ||
| i przyszedł dzień kiedy wino zamieniło się w wodę oślepiał ją wewnętrzny blask zamykała oczy i oddawała się wyobraźni wierzyła słowom w najdrobniejszym szczególe nawet intuicja nie poddawała w wątpliwość wyroczni sądów to geniusz szeptali przyjaciele jest wielki poklepywali po ramieniu mistrz nad mistrze szeleściły uśmiechy a ona lękała się dotknąć jego rękawa strzepnąć pyłek z klapy marynarki życie całe czekała by był by istniał jak dzikie wino odradzające wiosnę obejmowała spojrzeniem wieżyczki dachów i kamienne płyty pokryte omszałym dywanem modliła się o deszcz gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały porę suszy aż do dnia w którym zrozumiała że jest bez winy a on jest tylko człowiekiem | ||
|
| 028 w rytm szlagieru | ||
| bierz życie jakim jest na drugie nie masz szans ten pan z melancholią w oku unosi głowę jak zdziwiony gołąb obdarza niepewnym uśmiechem białą spódniczkę tej pani wpółobjęci płyną parkietem jak dwa koła ratunkowe biegną jak dzieci przez kretowiska na ulubione huśtawki w ogrodzie zasiadają w szkolnych ławkach wciąż młodzi i szczęśliwi | ||
|
| 029 odłamek | ||
| utkwił gdzieś w okolicach krzyżowo-biodrowych nie usunięty scyzorykiem przypomina obowiązki bez respektowania praw jakby można było żyć bez narodzin i bez umierania | ||
|
| 030 boczna furtka | ||
| wymykałaś się jak złodziej szczeliną niedomkniętych ramion jak wiatr przenikałaś zasłonę obaw i rozbijałaś namioty marzeń ponad moimi lękami (boczna furtka otwarta na pokuszenie) kusiły rozległe łąki ciepłe splątane trawy zatapiały samotność w ptasim jazgocie leśny zapach żywicy obejmował skronie zniewalał gorzką niepewność milczenia | ||
|