031 na zakręcie
nuda panie taka mnie dopada. tylko się upić.
chodzę na grzyby na ryby, ale to nie pomaga.
brakuje mi tego kieratu. na pierwszej trzeba było
popracować, na drugiej o tyle o ile, a na trzeciej
to człek się przespał i rano do domu wrócił.

zmęczenie mijało, kręciłem się jak te pszczoły.
a mam ule i koło pszczół nauczyłem się chodzić.
a teraz nic się nie chce. kurek nazbierałem, ryby
nie biorą. a ile można chodzić na ryby albo grzyby.
i co to za robota. w jednej chwili bym wrócił.

jak wszedłem panie na ten dźwig, to jak bóg
na wszystkich patrzyłem. jak olbrzym jakiś
ciężary przenosiłem. precyzja w tym była i sens.
teraz koniec. odprawę dali i zegarek szwajcarski
w takim długim pudełku w srebrnej kopercie.

ładny i emerytura niezła. wystarczy na nas dwoje.
dzieci samodzielne. wnuki rzadko przyjeżdżają.
ja wszystkich poodwiedzałem, pogościłem się.
i co teraz robić. krecę się jak mucha w smole.
czegoś mi brakuje. w jednej chwili bym wrócił.
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
032 coraz trudniej
               wędrówka nie jest celem
               jest tylko dążeniem do celu

pewnie nigdzie stąd nie wyjadę. tu jest moje miejsce
kraj dom. majowe sady. miłość pierwsza
choć nie jedyna. poleciałabym jak ptak - daleko
bez zegarka busoli i bez kalendarza. gdzieś
gdzie niepotrzebny szalik ani płaszcz zimowy
gdzie miesza się zieleń z błękitem
srebro ze szmaragdem.wirowałabym jak sad

a tu ani zimy ani lata ani mrozu ani upału
mżawka kapuśniaczek deszczyk wiaterek
wszystko takie letnie. nijakie. ciągle tylko:
krecie ścieżki lisie podchody wilcze doły
buty podrę nogi uchodzę. a nie znajdę

wypuść sznurek z dłoni. niech szybuje
latawcem z ptasich piór. niech uniesie
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
033 gdyby grało to by mu powiedziała
gdyby choć umiał zagrać
na harmonijce ustnej
albo przyniósł kwiaty (ona to lubi)
też by powiedziała
ale on pachniał niespecjalnie
(ona ma uraz do tych zapachów)
unikał wzroku i jakoś tak nierówno
szedł po tych schodach
raczej ślepy niż głuchy
na to jej piekące spojrzenie
więc ona już nic
nic nie mówiła
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
034 sąd nad jej wysokością
             ...koronę nisko nosić
               czyli poprawianie natury...


wiosenne jabłonie przeklinają niskopienność
zagłębiają aorty korzeni szukając oparcia

wysmukłe palce sprzeciwu znów oskarżają niebo
by bezlitośnie przegrać z zębatym ostrzem noży

bezużyteczne gałęzie łzawią na ofiarnym stosie
dym i popiół znikną jak dopalona świeca

na ocalałych ramionach jesień rozwiesi rubiny
nasączy ciepłym karminem nabrzmiałe pejzaże
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
035 * * *
                     Mamie

najbardziej lubiłaś piątki
wyciągałam je jak asy z rękawa
gdy tylko przekraczałam próg domu

udawałaś że nie wierzysz
ale ja i tak widziałam
w twoich oczach całe niebo
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
036 * * *
dziś słowa niewiele znaczą
jedynie żal mój tłumaczą
że tak za wcześnie
że tak nie w porę
niebo stanęło otworem

błądzisz gdzieś w smudze cienia
mówiąc mi: do zobaczenia...
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
037 senne echa
płynę na grzbiecie fali w zielony ocean ciszy
tam pod skrzydłem błękitu wirują jaskółki
pachnie skoszona trawa las dyszy południem
przywołuje wspomnienia i z echem się bawi

ten świat zaczarowany zbiera wzruszeń ślady
ukryty w widziadle tańczy pod powieką
wyławia z błysku światła nierealne chwile
i rzuca jak bursztyny w złoty piasek marzeń
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
038 szkic jesienny
gwałtowna ulewa spływa mętną rzeką
światła domów pulsują na powrotnej fali
cisza rzeźbi minuty skrada się po kątach
pośpiesznie wiją gniazda ptaki samotności

sadowią się w oknach pomarszczone smutki
(żal wystarcza sam sobie radość dzielić trzeba)
za drzwiami nikt nie tęskni na progu nie czeka

słoną kroplą list piszę choć wcale nie wyślę
adresat wciąż powraca gdy nadchodzi wrzesień
a na zboczach pamięci kwitną wrzosowiska
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
039 chomik bengalski
zachowuje się jak doskonała położna
przecina pępowinę zagarnia małe do gniazda
nie odstępuje rodzącej na krok

taki czuły i opiekuńczy?

powód jest bardziej prozaiczny
tylko przez kilka godzin po wydaniu potomstwa
istnieje możliwość zapłodnienia samiczki

być albo nie być - oto jest pytanie
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
040 ścieżka
         życie jest zbyt ważną sprawą, aby
         o nim mówić poważnie - Oskar Wilde


co miało stać się to się stało. odpłynęło jak refren
jak czarna wueska a przecież wystarczyła chwila
nieuważna by nasz ogród w dolinie trzy wieże
i dzwon -- usłyszeć zobaczyć poczuć zatęsknić

rdzawo szumią drzewa. nieskończenie ta sama
zielona melodia przybiera siłę wyrzutu sumienia
nękanego szelestem nasłuchiwania potwierdzania
pożółkłe stosy kartek wyznaczają granice pomiędzy

krzyżują się drogi jeszcze nie wyznaczone. krążą
jak ogniki na bagnach w zamian za trwanie teraz
nie wierzę w konieczność wyboru. chcę wybieram
bluźnierstwo z obawy o posądzenie o modlitwę

nie rozkazuj nie bój się świateł ciemności kryją
nie chroniąc od podejrzeń wyobrażeń na miarę
kropli rosy z której kiełkuje drzewo pragnienia
dobro i zło. w ten sposób istnieje to czego nie ma
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
041 powroty
nigdzie przedtem ani potem
nie widziałam takich poboczy

różowobłękitne plastry łubinu
tliły się po obu stronach szosy
zapowiedzią pożegnania

najbliższy pociąg miał nadejść
za kilka godzin

zamazane twarze odpływały
wraz z nadejściem wieczoru
gasły szepty jak odległy krzyk
gęsi nawołujących do odlotu

szmaragdowa toń jeziora
zagarniała obce twarze
kradła oddech błękitu

już z chwilą przyjazdu
tęskniłam
za powrotem
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
042 * * *
w ręku moim ostatni czarnobiały tomik
i wiesz drży mi serce jak wtedy przed laty
każdy wiersz barwny ogród ożywa wspomnieniem
i słowa powracają jak do gniazda ptaki

nieważne symfoniuszu jaka to poezja
czy w niej rymy parciane czy kute ze stali
nie wiedziałam że serce ból może wystudzić
nie wierzyłam że można umierać parami
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
043 opowieści z kredensu. korzenie
babcia umarła wkrótce po tym jak się urodziłam
nie zachowały się żadne zdjęcia oprócz opowieści

dziadek przeżył bolszewicką niewolę. wrócił
i poprosił o nocleg. babcia odmówiła. w zarośniętym
i wychudzonym żebraku nie rozpoznała męża

uśmiechała się gdy położono mnie obok
gdy po raz ostatni chciała nacieszyć się wnuczką

dziadek był częstym gościem w naszym domu
przychodził w niedzielne popołudnie a pod wieczór
stukając laseczką znikał na skraju drogi

miał złote wąsy i złote ręce
potrafił wystrugać drewniany cebrzyk lub maślnicę
każdy sprzęt potrzebny w domu nosił ślady jego rąk

był grudniowy wieczór gdy zobaczyłam gałązki
żywicznej jodły z których mama splatała wieńce
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
044 opowieści z kredensu. babcia
babcia oprócz bajek
opowiadała prawdziwe historie
c ó ż to były za opowieści
jedna od drugiej ciekawsza
a w każdej niezwykłe zdarzenie

jednego dnia w jednej chwili
jej czternaście koleżanek
na samym środku jeziora
jak kamień na dnie

a ten nauczyciel
(świeć Panie nad jego duszą)
nurkował tyle razy
nadaremnie

na drugim brzegu chłopcy
zbierali dla dziewcząt kwiaty
i włosy tamtych dziewcząt
zakwitły na drugim brzegu
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
045 opowieści z kredensu. reminiscencje
...moja pamięć pokryta znakami szyfru, trwa
dopóki potrafię odczytać, coraz bledsze ślady...


raz jeszcze odwiedzam stary dom na wzgórzu
jedynie po to by zobaczyć z bliska
jak grzbiety domów pokryte dachówką
zapadają się w sobie jak stygnący krater

oko stawu gdzie niegdyś topiły się bazie
i wierzba rozpuszczała karbowane włosy
dziś mozolnie szeleści zaschniętą powieką
bawi echem wspomnienia skrywa jazgot ptasi

brzozowy zagajnik wzniósł wiotkie ramiona
uchwycił pazurami grafit nieba szary
wspina się na palce niczym baletnica
szeleści spódnicą nakręca zegary

dawne ścieżki umilkły. próżno szukać wzrokiem
tajemnic starej księgi. obcym niedostępne
wstępuję w znane progi z uczuciem niezmiennym
tylko dla mnie otwarte tylko dla mnie piękne
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
046 opowieści z kredensu. nad Zwoleńką
         nie ma cię
                znów zamieniłaś się w kroplę na policzku
                                                         Robert Janowski

łąki ciągnęły się długim pasmem wzdłuż krętej rzeki
pachniały gorzko trawy miękły tenisówki w wilgotnym torfie
rozcinając darń łączyły się ze śladami wypasanych zwierząt

latem zamieniały się w boisko i halę sportową
gra w "pikora" była codziennym sprawdzianem zręczności
skoki w zwyż rytuałem powtarzanym nad krzywą poprzeczką
zawieszoną na w bitych w ziemię sękatych gałęziach

lądowanie odbywało się dość miękko w porównaniu
do prawdziwych zawodów gdzie zamiast materaca
była twarda ziemia a przecież i tak skakałam najwyżej

woda była jeszcze czysta (dopiero dwadzieścia lat później
popłynęły mleczne ścieki a z nimi białe brzuchy ryb)

ale wtedy było zupełnie inaczej. podbieraliśmy
ziemniaki i warzywa gotując w żelaznym kociołku
zupy z robakami. bardziej smakowały niż w domu

zapach pieczonych kartofli i jabłek na patyku
snuł się śpiewnie oddzielając szarzejące mgły
od cichych wzgórz nagrzanego lasu

zielone łódeczki tęsknot wędrowały z nurtem
na liściach olchy aż chłopcy z tamtej strony
wymienili je na czerwone berety i listy
z grającymi pocztówkami
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
047 Wizyta
Młodnik wspiął się na palce i przesłonił drogę
Stromą ścieżką wybiegły zmierzwione paprocie
Tylko bocian samotnik stoi w pustym gnieździe
Tylko malwy jak dawniej zakwitły przy płocie

Skrzypi furtka w ogrodzie na oścież otwarta
Jakby czyjąś dłonią z rozmysłem szarpnięta
A tam gruszom kolana spękały rozdarte
A tam śliwom niezdarnie opadły ramiona
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
048 nigdy jej nie poznałam
nawet wtedy
gdy była w zasięgu wzroku
szukałam śladów na piasku

znajdowałam
wystające korzenie
ruchome kopce igliwia

wiatr i deszcz
rysował drogowskazy
podążałam wraz z rzeką
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
049 * * *
może kiedyś napiszę całkiem niezły wiersz
i niepotrzebny będzie słownik wyrazów obcych
ani słownik dobrej polszczyzny

nie będę czytać szymborskiej
ginsberga miłosza pilcha różewicza
ani innych twórców uznanych za wzór niedościgły

będzie mi zupełnie obojętne co myślą inni
starając się zmienić mój obraz na swoje podobieństwo
póki co zostaje sepuki ryba piła i piranie w akwarium
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
050 niedzielne przedpołudnie
1.
fioletoworóżowe kiście nabrzmiałe słodyczą
wiszą ociężale ponad głową. jędrne i soczyste
winogrona z aksamitem nalotu na skórce
kuszą głodne dłonie. w ustach pękają jak wiśnie

stół przykryty obrusem z szarego lnu
na którym zarys mapy w kolorze pomarańczy
i czarny napis głosi: S o u t h A u s t r a l i a

przesuwam srebrną tacę gdzieś nad Port Augusta
i dalej: Naracoorte Port Lincoln Adelaida Glenelg

oprócz nazwy miast kilka egzotycznych pocztówek
z charakterystyczną zabudową i pociąg transcontinental
gotowy do podróżowania

kangury strusie stada owiec z zakręconymi rogami
samotny Aborygen z przewieszoną na ramieniu zwierzyną
u stóp leżą strzały

jeśli zanurzymy się głębiej w czerwony kontynent
znajdziemy kilka innych nie mniej istotnych szczegółów
może wśród migocących liści rozbawione misie koala
a wokół koralowych raf ławice pląsających ryb

Australia. daleka tajemnicza. ciekawią mnie i śmieszą kangury
szczególnie sposób w jaki noszą młode. co za wygoda
dorastać w takiej bliskości jak kukurydza w żółtej kolbie


odwiedzam kolejne miasta. gdzieś tam jest Jeremi
jak Robinson na bezludnej wyspie. czy odnalazł
to czego szukał. a może bezsenne noce
wciąż przywołują rozbielane brzozy

Melbourne. otrzymałam propozycję aby tam zamieszkać
były lata siedemdziesiąte. może powinnam żałować
a może na odwrót. kto to może wiedzieć


2.
schodzę do ogrodu. trawa zaczęła podsychać
świerki i tuje znowu urosły i malwy wystrzeliły
ponad dozwoloną wysokość. jak latawce krążą
buczące trzmiele rozsypując szafran namiętności

pomarańcz aksamitek zwabił osę do kryjówki pająka
omotani siecią tańczą w objęciach do zatracenia

duszno. mdleją hortensje jak młode panny na mszy
wynoszę węża i polewam im stopy. podnoszą
zaróżowione policzki pokryte mgielną woalką
to kwiaty mamy. nie może ich zabraknąć w ogrodzie

białym Rdestem Auberta ozdabiam bukiet astrów
zakwitły razem z wrzosami zapowiadając wczesną jesień
to wyjątkowa okazja. zatrzymam w dłoniach lato
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
051 światła miast sięgają mlecznej drogi
droga rozciągała się serpentyną. wspinała na zakrętach
wprost w wygrawerowaną misę nieba. u stóp wzniesień
płonęły światła miast. łączyły się z gwiazdami. wstępowały
do siebie po schodkach po drabinie po sznurze. mieszały
w tyglu nocy jak kulki toto-lotka aż brakowało pewności
czy to miasto mruga czy gwiazdy rozsuwają tunele dróg
aby zasłużyć na zachwyt. takie   szerokie   o o o o...
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
052 roztańczone rozety liści unoszą ołowiane chmury
deszcz. wsiąka w aksamitne poduchy mchu. w kruche ławice wrzosu
wygładza zasuszony brzuch ziemi. budzi zastygłe arterie

zieleń nabiera trawiastego koloru. drzewa błyszczą uroczyście
i gdyby nie poskręcane kasztanowce nie byłoby śladów jesieni

a jednak wrzosy. fioletowe subtelności. odważne symptomy przemijania
odprowadzą ostatnie barwy lata jak pannę młodą na ślub

a potem już tylko czerwień i złoto. gdzieniegdzie warkocz dymu
i sznury babiego lata rozsnują mgłę w kartofliskach. to wszystko
15.07.2005  ::    skomentuj (1)
053 pierwszy przymrozek
spadają nieprzerwanie jak rój zielonych spadochronów
odsłaniając nagie ramiona jesiennych pejzaży

sumaki nie zdążyły rozstawić kolorowej palety
gdy w jedną noc mróz zniweczył misterne dzieło

brocząc czerwienią zstępują z ram dzikie wina
zostawiając zamarłe arterie majowym pocałunkom

pod butami tylko liście i błyszczące kasztany
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
054 opuncje
są takie drzewa które jakimś dziwnym trafem
pomimo troskliwych zabiegów najlepszych fachowców
nie są w stanie pokonać genetycznego przekładańca
a my pomimo najlepszych chęci nie potrafimy zmienić
ani kształtu korony ani barwy liści ani wygładzić kolców

są jak opuncje poza brzegami naszych ogrodów
zauważamy je wtedy gdy motylom krwawią skrzydła
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
055 śnij słodko
śpij moja jaskółko
wygładzę rękaw świtu
uniosę światło jak gałązkę oliwną
ponad zburzone świątynie prawd niezrozumiałych
tak boję się że możesz zniknąć
jak niedojrzały owoc z mego brzucha
gdy sen ciężarny zaciska węzeł bólu
ofiarowując oddech życia

ziarno pamięci kiełkuje
wyrasta krzewem bezradności
modlitwą i czekaniem na powrót oczu
gdy rozsypują się godziny jak rzeźby z piasku
łamią płaszczyzny obietnic
tarniny kaleczą nieostrożne palce
nowy dzień ma piasek pod powieką
i przygaszone usta
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
056 porozumienie
teraz częściej przyjeżdżasz do domu
rozplątujemy krecie ścieżki
wieczory zapalają rumieńce
topnieją brylanciki w oczach
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
057 wnosisz kosze kwiatów
przyjeżdżasz i dom staje na głowie
rośliny gubią liście. precyzyjnie ułożone
talie kart rozsypują się jak babki z piasku

przy najmniejszym podmuchu zapach kawy
i papierosów unosi zielony parasol tarasu

leżaki chłoną pomarańcz olejków
pomięte czasopisma rozsypują popielniczki
gołe stopy wyczyniają taniec brzucha

śniadania zamieniają się w rytuał
kiedy wracasz pachną piwonie
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
058 a kiedy minął wrzesień było już tylko gorzko
słuchałam szelestu liści
jak nocnych duchów za oknem
klucz ciągle tkwił pod wycieraczką
niepewny zastygłych dotknięć

oliwiłam zamki wyciągałam drzazgi
za drzwiami rosły kopczyki śniegu
jakby mogły stać się drogowskazem
mapą nawołującą do powrotu

a droga nieskończenie biała
bez śladów płóz i końskich kopyt
błyszczała diamentami szronu

butwiały lniane prześcieradła
skrzypiały okiennice pleśnią
i zapach topionego drewna
natrętnie wsiąkał w każdy skrawek

korniki i polne myszy
walczyły o podział zysków
aż spływał z sufitu złoty pył
wirowało konfetti

gdy ostatni sopel wsiąkał w brunatny brzuch ziemi
podwórze rozbłysło skrzydłami jaskółek
kręciły pośpiesznie suche źdźbła
uwijały się jak w ukropie

trzeba było przełamać chłód
wstać i spojrzeć w zmrużone oczy słońca
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
059 * * *
wicher oszalał nocą z sosnami tańczył do rana
targał zielone suknie przygniatał na kolana

wyrywał z gardła ziemi wczepione sękate pazury
oddech tracił i dumę gdy je podnosił do góry

upadły skrwawione żywicą drąc białe uda brzóz
w ostatnim geście rozpaczy oczy przesłonił im kurz
15.07.2005  ::    skomentuj (0)
060 dopóty dzban wodę nosi
         każda minuta zabiera kroplę życia
                wypełnia dzban przeznaczenia

ten szafirowy w kształcie egzotycznej muszli
zamieniasz w rafę koralową
malujesz złote rybki i pomarańczowe wachlarzyki

w tym z zielonego szkła jak szmaragd
otwierasz alejki ogrodów
zbierasz pierwsze żonkile lilie bzy i konwalie

w tym malowanym kolorami lata
pełnym suchych gałązek kłosów ziół i trawy
mościsz jaskółcze gniazda

tylko ten szlifowany kolumnowy kryształ
bezużyteczny zbieracz much i pająków
odkładasz w niedostępne zakamarki
15.07.2005  ::    skomentuj (0)