| 031 na zakręcie | ||
| nuda panie taka mnie dopada. tylko się upić. chodzę na grzyby na ryby, ale to nie pomaga. brakuje mi tego kieratu. na pierwszej trzeba było popracować, na drugiej o tyle o ile, a na trzeciej to człek się przespał i rano do domu wrócił. zmęczenie mijało, kręciłem się jak te pszczoły. a mam ule i koło pszczół nauczyłem się chodzić. a teraz nic się nie chce. kurek nazbierałem, ryby nie biorą. a ile można chodzić na ryby albo grzyby. i co to za robota. w jednej chwili bym wrócił. jak wszedłem panie na ten dźwig, to jak bóg na wszystkich patrzyłem. jak olbrzym jakiś ciężary przenosiłem. precyzja w tym była i sens. teraz koniec. odprawę dali i zegarek szwajcarski w takim długim pudełku w srebrnej kopercie. ładny i emerytura niezła. wystarczy na nas dwoje. dzieci samodzielne. wnuki rzadko przyjeżdżają. ja wszystkich poodwiedzałem, pogościłem się. i co teraz robić. krecę się jak mucha w smole. czegoś mi brakuje. w jednej chwili bym wrócił. | ||
|
| 032 coraz trudniej | ||
| wędrówka nie jest celem jest tylko dążeniem do celu pewnie nigdzie stąd nie wyjadę. tu jest moje miejsce kraj dom. majowe sady. miłość pierwsza choć nie jedyna. poleciałabym jak ptak - daleko bez zegarka busoli i bez kalendarza. gdzieś gdzie niepotrzebny szalik ani płaszcz zimowy gdzie miesza się zieleń z błękitem srebro ze szmaragdem.wirowałabym jak sad a tu ani zimy ani lata ani mrozu ani upału mżawka kapuśniaczek deszczyk wiaterek wszystko takie letnie. nijakie. ciągle tylko: krecie ścieżki lisie podchody wilcze doły buty podrę nogi uchodzę. a nie znajdę wypuść sznurek z dłoni. niech szybuje latawcem z ptasich piór. niech uniesie | ||
|
| 033 gdyby grało to by mu powiedziała | ||
| gdyby choć umiał zagrać na harmonijce ustnej albo przyniósł kwiaty (ona to lubi) też by powiedziała ale on pachniał niespecjalnie (ona ma uraz do tych zapachów) unikał wzroku i jakoś tak nierówno szedł po tych schodach raczej ślepy niż głuchy na to jej piekące spojrzenie więc ona już nic nic nie mówiła | ||
|
| 034 sąd nad jej wysokością | ||
| ...koronę nisko nosić czyli poprawianie natury... wiosenne jabłonie przeklinają niskopienność zagłębiają aorty korzeni szukając oparcia wysmukłe palce sprzeciwu znów oskarżają niebo by bezlitośnie przegrać z zębatym ostrzem noży bezużyteczne gałęzie łzawią na ofiarnym stosie dym i popiół znikną jak dopalona świeca na ocalałych ramionach jesień rozwiesi rubiny nasączy ciepłym karminem nabrzmiałe pejzaże | ||
|
| 035 * * * | ||
| Mamie najbardziej lubiłaś piątki wyciągałam je jak asy z rękawa gdy tylko przekraczałam próg domu udawałaś że nie wierzysz ale ja i tak widziałam w twoich oczach całe niebo | ||
|
| 036 * * * | ||
| dziś słowa niewiele znaczą jedynie żal mój tłumaczą że tak za wcześnie że tak nie w porę niebo stanęło otworem błądzisz gdzieś w smudze cienia mówiąc mi: do zobaczenia... | ||
|
| 037 senne echa | ||
| płynę na grzbiecie fali w zielony ocean ciszy tam pod skrzydłem błękitu wirują jaskółki pachnie skoszona trawa las dyszy południem przywołuje wspomnienia i z echem się bawi ten świat zaczarowany zbiera wzruszeń ślady ukryty w widziadle tańczy pod powieką wyławia z błysku światła nierealne chwile i rzuca jak bursztyny w złoty piasek marzeń | ||
|
| 038 szkic jesienny | ||
| gwałtowna ulewa spływa mętną rzeką światła domów pulsują na powrotnej fali cisza rzeźbi minuty skrada się po kątach pośpiesznie wiją gniazda ptaki samotności sadowią się w oknach pomarszczone smutki (żal wystarcza sam sobie radość dzielić trzeba) za drzwiami nikt nie tęskni na progu nie czeka słoną kroplą list piszę choć wcale nie wyślę adresat wciąż powraca gdy nadchodzi wrzesień a na zboczach pamięci kwitną wrzosowiska | ||
|
| 039 chomik bengalski | ||
| zachowuje się jak doskonała położna przecina pępowinę zagarnia małe do gniazda nie odstępuje rodzącej na krok taki czuły i opiekuńczy? powód jest bardziej prozaiczny tylko przez kilka godzin po wydaniu potomstwa istnieje możliwość zapłodnienia samiczki być albo nie być - oto jest pytanie | ||
|
| 040 ścieżka | ||
| życie jest zbyt ważną sprawą, aby o nim mówić poważnie - Oskar Wilde co miało stać się to się stało. odpłynęło jak refren jak czarna wueska a przecież wystarczyła chwila nieuważna by nasz ogród w dolinie trzy wieże i dzwon -- usłyszeć zobaczyć poczuć zatęsknić rdzawo szumią drzewa. nieskończenie ta sama zielona melodia przybiera siłę wyrzutu sumienia nękanego szelestem nasłuchiwania potwierdzania pożółkłe stosy kartek wyznaczają granice pomiędzy krzyżują się drogi jeszcze nie wyznaczone. krążą jak ogniki na bagnach w zamian za trwanie teraz nie wierzę w konieczność wyboru. chcę wybieram bluźnierstwo z obawy o posądzenie o modlitwę nie rozkazuj nie bój się świateł ciemności kryją nie chroniąc od podejrzeń wyobrażeń na miarę kropli rosy z której kiełkuje drzewo pragnienia dobro i zło. w ten sposób istnieje to czego nie ma | ||
|
| 041 powroty | ||
| nigdzie przedtem ani potem nie widziałam takich poboczy różowobłękitne plastry łubinu tliły się po obu stronach szosy zapowiedzią pożegnania najbliższy pociąg miał nadejść za kilka godzin zamazane twarze odpływały wraz z nadejściem wieczoru gasły szepty jak odległy krzyk gęsi nawołujących do odlotu szmaragdowa toń jeziora zagarniała obce twarze kradła oddech błękitu już z chwilą przyjazdu tęskniłam za powrotem | ||
|
| 042 * * * | ||
| w ręku moim ostatni czarnobiały tomik i wiesz drży mi serce jak wtedy przed laty każdy wiersz barwny ogród ożywa wspomnieniem i słowa powracają jak do gniazda ptaki nieważne symfoniuszu jaka to poezja czy w niej rymy parciane czy kute ze stali nie wiedziałam że serce ból może wystudzić nie wierzyłam że można umierać parami | ||
|
| 043 opowieści z kredensu. korzenie | ||
| babcia umarła wkrótce po tym jak się urodziłam nie zachowały się żadne zdjęcia oprócz opowieści dziadek przeżył bolszewicką niewolę. wrócił i poprosił o nocleg. babcia odmówiła. w zarośniętym i wychudzonym żebraku nie rozpoznała męża uśmiechała się gdy położono mnie obok gdy po raz ostatni chciała nacieszyć się wnuczką dziadek był częstym gościem w naszym domu przychodził w niedzielne popołudnie a pod wieczór stukając laseczką znikał na skraju drogi miał złote wąsy i złote ręce potrafił wystrugać drewniany cebrzyk lub maślnicę każdy sprzęt potrzebny w domu nosił ślady jego rąk był grudniowy wieczór gdy zobaczyłam gałązki żywicznej jodły z których mama splatała wieńce | ||
|
| 044 opowieści z kredensu. babcia | ||
| babcia oprócz bajek opowiadała prawdziwe historie c ó ż to były za opowieści jedna od drugiej ciekawsza a w każdej niezwykłe zdarzenie jednego dnia w jednej chwili jej czternaście koleżanek na samym środku jeziora jak kamień na dnie a ten nauczyciel (świeć Panie nad jego duszą) nurkował tyle razy nadaremnie na drugim brzegu chłopcy zbierali dla dziewcząt kwiaty i włosy tamtych dziewcząt zakwitły na drugim brzegu | ||
|
| 045 opowieści z kredensu. reminiscencje | ||
| ...moja pamięć pokryta znakami szyfru, trwa dopóki potrafię odczytać, coraz bledsze ślady... raz jeszcze odwiedzam stary dom na wzgórzu jedynie po to by zobaczyć z bliska jak grzbiety domów pokryte dachówką zapadają się w sobie jak stygnący krater oko stawu gdzie niegdyś topiły się bazie i wierzba rozpuszczała karbowane włosy dziś mozolnie szeleści zaschniętą powieką bawi echem wspomnienia skrywa jazgot ptasi brzozowy zagajnik wzniósł wiotkie ramiona uchwycił pazurami grafit nieba szary wspina się na palce niczym baletnica szeleści spódnicą nakręca zegary dawne ścieżki umilkły. próżno szukać wzrokiem tajemnic starej księgi. obcym niedostępne wstępuję w znane progi z uczuciem niezmiennym tylko dla mnie otwarte tylko dla mnie piękne | ||
|
| 046 opowieści z kredensu. nad Zwoleńką | ||
| nie ma cię znów zamieniłaś się w kroplę na policzku Robert Janowski łąki ciągnęły się długim pasmem wzdłuż krętej rzeki pachniały gorzko trawy miękły tenisówki w wilgotnym torfie rozcinając darń łączyły się ze śladami wypasanych zwierząt latem zamieniały się w boisko i halę sportową gra w "pikora" była codziennym sprawdzianem zręczności skoki w zwyż rytuałem powtarzanym nad krzywą poprzeczką zawieszoną na w bitych w ziemię sękatych gałęziach lądowanie odbywało się dość miękko w porównaniu do prawdziwych zawodów gdzie zamiast materaca była twarda ziemia a przecież i tak skakałam najwyżej woda była jeszcze czysta (dopiero dwadzieścia lat później popłynęły mleczne ścieki a z nimi białe brzuchy ryb) ale wtedy było zupełnie inaczej. podbieraliśmy ziemniaki i warzywa gotując w żelaznym kociołku zupy z robakami. bardziej smakowały niż w domu zapach pieczonych kartofli i jabłek na patyku snuł się śpiewnie oddzielając szarzejące mgły od cichych wzgórz nagrzanego lasu zielone łódeczki tęsknot wędrowały z nurtem na liściach olchy aż chłopcy z tamtej strony wymienili je na czerwone berety i listy z grającymi pocztówkami | ||
|
| 047 Wizyta | ||
| Młodnik wspiął się na palce i przesłonił drogę Stromą ścieżką wybiegły zmierzwione paprocie Tylko bocian samotnik stoi w pustym gnieździe Tylko malwy jak dawniej zakwitły przy płocie Skrzypi furtka w ogrodzie na oścież otwarta Jakby czyjąś dłonią z rozmysłem szarpnięta A tam gruszom kolana spękały rozdarte A tam śliwom niezdarnie opadły ramiona | ||
|
| 048 nigdy jej nie poznałam | ||
| nawet wtedy gdy była w zasięgu wzroku szukałam śladów na piasku znajdowałam wystające korzenie ruchome kopce igliwia wiatr i deszcz rysował drogowskazy podążałam wraz z rzeką | ||
|
| 049 * * * | ||
| może kiedyś napiszę całkiem niezły wiersz i niepotrzebny będzie słownik wyrazów obcych ani słownik dobrej polszczyzny nie będę czytać szymborskiej ginsberga miłosza pilcha różewicza ani innych twórców uznanych za wzór niedościgły będzie mi zupełnie obojętne co myślą inni starając się zmienić mój obraz na swoje podobieństwo póki co zostaje sepuki ryba piła i piranie w akwarium | ||
|
| 050 niedzielne przedpołudnie | ||
| 1. fioletoworóżowe kiście nabrzmiałe słodyczą wiszą ociężale ponad głową. jędrne i soczyste winogrona z aksamitem nalotu na skórce kuszą głodne dłonie. w ustach pękają jak wiśnie stół przykryty obrusem z szarego lnu na którym zarys mapy w kolorze pomarańczy i czarny napis głosi: S o u t h A u s t r a l i a przesuwam srebrną tacę gdzieś nad Port Augusta i dalej: Naracoorte Port Lincoln Adelaida Glenelg oprócz nazwy miast kilka egzotycznych pocztówek z charakterystyczną zabudową i pociąg transcontinental gotowy do podróżowania kangury strusie stada owiec z zakręconymi rogami samotny Aborygen z przewieszoną na ramieniu zwierzyną u stóp leżą strzały jeśli zanurzymy się głębiej w czerwony kontynent znajdziemy kilka innych nie mniej istotnych szczegółów może wśród migocących liści rozbawione misie koala a wokół koralowych raf ławice pląsających ryb Australia. daleka tajemnicza. ciekawią mnie i śmieszą kangury szczególnie sposób w jaki noszą młode. co za wygoda dorastać w takiej bliskości jak kukurydza w żółtej kolbie odwiedzam kolejne miasta. gdzieś tam jest Jeremi jak Robinson na bezludnej wyspie. czy odnalazł to czego szukał. a może bezsenne noce wciąż przywołują rozbielane brzozy Melbourne. otrzymałam propozycję aby tam zamieszkać były lata siedemdziesiąte. może powinnam żałować a może na odwrót. kto to może wiedzieć 2. schodzę do ogrodu. trawa zaczęła podsychać świerki i tuje znowu urosły i malwy wystrzeliły ponad dozwoloną wysokość. jak latawce krążą buczące trzmiele rozsypując szafran namiętności pomarańcz aksamitek zwabił osę do kryjówki pająka omotani siecią tańczą w objęciach do zatracenia duszno. mdleją hortensje jak młode panny na mszy wynoszę węża i polewam im stopy. podnoszą zaróżowione policzki pokryte mgielną woalką to kwiaty mamy. nie może ich zabraknąć w ogrodzie białym Rdestem Auberta ozdabiam bukiet astrów zakwitły razem z wrzosami zapowiadając wczesną jesień to wyjątkowa okazja. zatrzymam w dłoniach lato | ||
|
| 051 światła miast sięgają mlecznej drogi | ||
| droga rozciągała się serpentyną. wspinała na zakrętach wprost w wygrawerowaną misę nieba. u stóp wzniesień płonęły światła miast. łączyły się z gwiazdami. wstępowały do siebie po schodkach po drabinie po sznurze. mieszały w tyglu nocy jak kulki toto-lotka aż brakowało pewności czy to miasto mruga czy gwiazdy rozsuwają tunele dróg aby zasłużyć na zachwyt. takie szerokie o o o o... | ||
|
| 052 roztańczone rozety liści unoszą ołowiane chmury | ||
| deszcz. wsiąka w aksamitne poduchy mchu. w kruche ławice wrzosu wygładza zasuszony brzuch ziemi. budzi zastygłe arterie zieleń nabiera trawiastego koloru. drzewa błyszczą uroczyście i gdyby nie poskręcane kasztanowce nie byłoby śladów jesieni a jednak wrzosy. fioletowe subtelności. odważne symptomy przemijania odprowadzą ostatnie barwy lata jak pannę młodą na ślub a potem już tylko czerwień i złoto. gdzieniegdzie warkocz dymu i sznury babiego lata rozsnują mgłę w kartofliskach. to wszystko | ||
|
| 053 pierwszy przymrozek | ||
| spadają nieprzerwanie jak rój zielonych spadochronów odsłaniając nagie ramiona jesiennych pejzaży sumaki nie zdążyły rozstawić kolorowej palety gdy w jedną noc mróz zniweczył misterne dzieło brocząc czerwienią zstępują z ram dzikie wina zostawiając zamarłe arterie majowym pocałunkom pod butami tylko liście i błyszczące kasztany | ||
|
| 054 opuncje | ||
| są takie drzewa które jakimś dziwnym trafem pomimo troskliwych zabiegów najlepszych fachowców nie są w stanie pokonać genetycznego przekładańca a my pomimo najlepszych chęci nie potrafimy zmienić ani kształtu korony ani barwy liści ani wygładzić kolców są jak opuncje poza brzegami naszych ogrodów zauważamy je wtedy gdy motylom krwawią skrzydła | ||
|
| 055 śnij słodko | ||
| śpij moja jaskółko wygładzę rękaw świtu uniosę światło jak gałązkę oliwną ponad zburzone świątynie prawd niezrozumiałych tak boję się że możesz zniknąć jak niedojrzały owoc z mego brzucha gdy sen ciężarny zaciska węzeł bólu ofiarowując oddech życia ziarno pamięci kiełkuje wyrasta krzewem bezradności modlitwą i czekaniem na powrót oczu gdy rozsypują się godziny jak rzeźby z piasku łamią płaszczyzny obietnic tarniny kaleczą nieostrożne palce nowy dzień ma piasek pod powieką i przygaszone usta | ||
|
| 056 porozumienie | ||
| teraz częściej przyjeżdżasz do domu rozplątujemy krecie ścieżki wieczory zapalają rumieńce topnieją brylanciki w oczach | ||
|
| 057 wnosisz kosze kwiatów | ||
| przyjeżdżasz i dom staje na głowie rośliny gubią liście. precyzyjnie ułożone talie kart rozsypują się jak babki z piasku przy najmniejszym podmuchu zapach kawy i papierosów unosi zielony parasol tarasu leżaki chłoną pomarańcz olejków pomięte czasopisma rozsypują popielniczki gołe stopy wyczyniają taniec brzucha śniadania zamieniają się w rytuał kiedy wracasz pachną piwonie | ||
|
| 058 a kiedy minął wrzesień było już tylko gorzko | ||
| słuchałam szelestu liści jak nocnych duchów za oknem klucz ciągle tkwił pod wycieraczką niepewny zastygłych dotknięć oliwiłam zamki wyciągałam drzazgi za drzwiami rosły kopczyki śniegu jakby mogły stać się drogowskazem mapą nawołującą do powrotu a droga nieskończenie biała bez śladów płóz i końskich kopyt błyszczała diamentami szronu butwiały lniane prześcieradła skrzypiały okiennice pleśnią i zapach topionego drewna natrętnie wsiąkał w każdy skrawek korniki i polne myszy walczyły o podział zysków aż spływał z sufitu złoty pył wirowało konfetti gdy ostatni sopel wsiąkał w brunatny brzuch ziemi podwórze rozbłysło skrzydłami jaskółek kręciły pośpiesznie suche źdźbła uwijały się jak w ukropie trzeba było przełamać chłód wstać i spojrzeć w zmrużone oczy słońca | ||
|
| 059 * * * | ||
| wicher oszalał nocą z sosnami tańczył do rana targał zielone suknie przygniatał na kolana wyrywał z gardła ziemi wczepione sękate pazury oddech tracił i dumę gdy je podnosił do góry upadły skrwawione żywicą drąc białe uda brzóz w ostatnim geście rozpaczy oczy przesłonił im kurz | ||
|
| 060 dopóty dzban wodę nosi | ||
| każda minuta zabiera kroplę życia wypełnia dzban przeznaczenia ten szafirowy w kształcie egzotycznej muszli zamieniasz w rafę koralową malujesz złote rybki i pomarańczowe wachlarzyki w tym z zielonego szkła jak szmaragd otwierasz alejki ogrodów zbierasz pierwsze żonkile lilie bzy i konwalie w tym malowanym kolorami lata pełnym suchych gałązek kłosów ziół i trawy mościsz jaskółcze gniazda tylko ten szlifowany kolumnowy kryształ bezużyteczny zbieracz much i pająków odkładasz w niedostępne zakamarki | ||
|