| 061 głową w mur | ||
| nierzeczywista wojna nie skończy się nigdy nie ma początku nie ma końca trwa nie trzeba słów mogą nabrać sensu lepiej nie mówić nic działać gruntować pozycje największa lokomotywa świata grzęźnie w bagnie wciąga kolejne wagony w nich świeży dopływ krwi dla wygłodniałych kleszczy | ||
|
| 062 apel | ||
| jak się ma rzucanie ochłapów z pańskiego stołu do dzielenia się ostatkiem chleba w świetle fleszy pochylała się Diana nad chmarami okaleczonych chłopców i matka Teresa cierpliwie opatrywała niegojące się blizny wielki autorytet świata modli się coraz dłużej a spokorniały tłum wciąż milczy nie wiem czy można zbawić świat można z uśmiechem na twarzy zabić kolejny dzień napalmem najbardziej zużytym słowem XX wieku jest A P E L o miłość o wolność o pokój o chleb o deszcz o rozsądek o solidarność o zrozumienie o! jakże to tak głupie serce masz tylko klatkę stąd dotąd | ||
|
| 063 plan | ||
| trzeba im pozakładać rękawy niech się nie szarpią jak wróble buty muszą być tak łatwiej spróbujmy dobiec do pierwszego drzewa to niedaleko będzie bezpiecznie przeczekamy co się tak patrzysz - oszalałam? | ||
|
| 064 symulacja | ||
| przypomina zabawę małych chłopców gdzie każda kłótnia kończy się rozgniataniem zabawek burzeniem zamków i fosy oddzielającej nienaruszalne terytorium a w końcu sypaniem piasku w oczy dobrze jest wcześniej dokonać rozpoznania czy matka kolegi nie patrzy z okna czy starszy brat wyszedł z psem na spacer a siostra po zakupy i czekać na dogodny moment działając z zaskoczenia można zdobyć przedpole bez walki a potem odliczanie okopywanie czołganie i lot nad kukułczym gniazdem kolejna najdłuższa noc pełna wrzącego powietrza błysku dymu piasku krwi | ||
|
| 065 obława | ||
| był plan: wywęszyć przeczesać wykopać tu dom tam las gdy ciemność i głusza przed świtem strach przed świtem krzyk błysk ognia huk i upadł był młody głos łamał jak kolba kolana no nie płacz już nie płacz to na nic nie objął ramiona w potrzasku jak brama zamknięte z łoskotem jak kula u nóg świt szklany jak mleko jak szafir pęknięty gdzie głębia gdzie poręcz rozdarta i wir zabrali i przepadł jak kamień do rzeki jak śmiech pukiel włosów zapętlił i śnił | ||
|
| 066 * * * | ||
| w snach widzę góry nagie księżycowe krajobrazy jęzory ognia przecinają widnokrąg gorące odłamki wyszarpuję zza koszuli odrzucam szukam schronienia płonie rozżarzona pustynia krwawi dym tej nocy ratuję ludzkie życie rozbrajam tykającą bombę rankiem wsłuchuję się w warkot samolotu czy taki sam jak wczoraj spoglądam przez szybę rozbielane indygo świtu jedna gwiazda i złota łuska uśmiechu przy drodze znajome latarnie budzą się ptaki | ||
|
| 067 ucieczka | ||
| nim bujna zieleń ukryje cień zbiega by zrzucił skórę jak to czynią gady kordon tropicieli czatuje w ukryciu sfora psów gończych węszy po śladach na rdzy zasieków pergamin naskórka jak skrzydło ptaka na kolcach tarniny strzępek rękawa w szuwarach moczaru nasiąka sokiem dojrzałych żurawin powróćmy jeszcze by straty wyrównać krzywdy pozyskać na świadectwo dobra być pewnym miejsca i kierunku drogi a nie ogników błądzących na bagnach | ||
|
| 068 stawka większa niż życie | ||
| 1 czarna Afryka umiera. co druga kobieta rodzi chore dziecko. skażone cierpieniem kilka lat życia. z góry na przegranej znowu marzę. "T-20" daje mi nadzieję jeden samolot bojowy to kilka tysięcy ampułek drogocennego leku od miesięcy ani kropli deszczu. piach przesypuje kości zwierząt. w czerwonym pyle samotne kobiety. ostatnia garść ziarna i martwe dzieci w ramionach mojżeszowa manna o smaku placka z miodem nie napełnia pustych naczyń. zamiast przepiórek świerszcze i czarne sępy. skała nie wydaje wody a przecież każdy miał zebrać według swej potrzeby 2 na torach otwarte wagony kropla po kropli jak z ran spływa w piach strumień krwi nie z każdej mąki będzie chleb pełna garść to jeden szczęśliwy uśmiech na Bugu żelazna kurtyna . liczenie zysków i strat dzielenie na biednych i bogatych na silnych i słabych na mądrych i głupich wielki autorytet świata modli się coraz dłużej pochyla głowy spokorniały tłum. nie lękajcie się otwórzcie serc milczenie akichito gra na wiolonczeli. micziko hoduje jedwabniki jolicziko zbiera okruchy by zatkać kolejną dziurę w krokodylich pantofelkach może spotkanie na szczycie natrafi na trop nienawiści może kolejna konferencja rozwiąże problem bezrobocia może wróg mojego wroga zostanie przyjacielem może kiedyś napiszę całkiem inny wiersz... wrzesień 2002 | ||
|
| 069 zmagania | ||
| 1 nie ma czym się przejmować. tak czy siak. będzie jak ma być. wczoraj mówiłeś kocham i bardzo w to wierzyłeś. chciałeś cały świat ukołysać w ramionach. ale jak można objąć skałę z granitu ( nawet w dupę pocałować się nie da) zimna nieczuła tak samo na łzy jak i pocałunki. nie potrzebuje współczucia. jesteś jej zupełnie obojętny. jak śmieć 2 czarny kundel przysiada na chodniku. zwabiony zapachem kawy wachluje odrobinki kurzu. przenikliwie i wyczekująco czeka na przysmak: kawałek rogalika z jabłkami. nie gardzi chlebem ani suchą bułką. Elka ukrywa zawiniątko pod żywopłotem latem przynosi mleko dla kilku rudych kociąt. zobacz - śliczne promienieje. i nic ale to nic się nie boją 3 trzyletni chłopczyk ma okaleczoną twarz. siedmioletnia dziewczynka zagryziona na śmierć. zwierzę nigdy nie było agresywne -- rozpaczają rodzice osiemnastolatki. świat oszalał. zwierzęta też czują się zagrożone. w tajnych laboratoriach wszczepiono im implanty braci zamordowanych dla psiego sadła. testowanie kolejnej dawki śmierci na zboczach Czeczenii zamienia niewinne istoty w śmiercionośną armię | ||
|
| 070 świętowanie | ||
| patrzcie państwo fajerwerków im się zachciewa parady sztucznych ogni widowiska jakiego świat nie widział tak się napracowali ludziska tyle gruzu wywieźli to teraz niech się cieszą żeby zapomnieli ile to kosztuje pomydlą oczy naiwnym żeby nie zobaczyli tych ton trotylu co zrzucili chłopcy na bezbronne wioski gdzie źródło zarazy tam trotyl gdzie panna młoda z wąsami tam bombka a żyletek nie dali skurczybyki żeby się głupia przy goleniu nie pocięła a może by tak jedną bombkę do mojego ogródka mogli na Hiroszimę mogli na Nagasaki mogą i tu a co tam tyle w nim tuneli i kanałów przerzutowych codziennie zryte alejki i podgryzione korzenie kwiatki w pień wycięte przemyca się w nim istna plaga szarańczy mrówki turkucie mszyce taka bombka pewnie by to załatwiła no nie | ||
|
| 071 zrób coś abym uwierzyć mogła | ||
| zrób-my kolejną akcję świątecznej pomocy to doskonała okazja aby powiadomić media niech filmują jak pani P rozdaje dzieciom serca zrób-my jeszcze jeden bal charytatywny z kawiorem i francuskim szampanem wykaż-my jacy jesteśmy wspaniali jacy dobrzy i jacy zakłamani widzisz -- prześwituje marna dekoracja kamuflaż na usprawiedliwienie braku lekarstwa | ||
|
| 072 eks-misja | ||
| znasz taki kraj gdzie bezdomna z trójką dzieci zajmuje poniemiecki bunkier ruinę remontuje i jeszcze czynsz opłaca by w środku zimy usłyszeć: "hende hoch" | ||
|
| 073 czerwona kolejka | ||
| mój synek krzyczy w nocy śni mu się czarny ptak wczoraj ukradłam kolejkę wstaję w nocy i patrzę na tę czerwoną kolejkę żeby już zjawił się anioł i powiedział że mam pracę i że odpuszcza mi wszystkie chleby ty miałaś cztery lata i lalkę ja wynosiłam bułki pod sukienką zostały cztery garnki i ze sto pająków chciałam te pająki ugotować ale mamę zabrali do domu bez klamek dzwonię do małego i mówię: chcesz opowiem ci mecz. nie chcę - marudzi opowiedz mi bajkę o księciu | ||
|
| 074 fałszywy blask | ||
| tak lekko na palcach uskrzydlony napełniasz kryształowe kielichy unosisz głowę podziwiasz zgromadzone dzieła sztuki twoje zdrowie Polsko mówisz z uśmiechem bez zażenowania właśnie zakończyłeś kolejną transakcję i oblewasz na ósmym piętrze wieżowca kolejny apartament | ||
|
| 075 dwa światy | ||
| nie wiem dokładnie co chcesz przez to powiedzieć na pewno to że chcesz być oryginalny. że stać cię na egzotyczne podróże rolls-rollsa i kamerdynera więc skoro cię nie rozumiem to jestem głupia gęś ale prawda jest inna i ty jej nie pojmiesz. bo nic nie chcesz wiedzieć o życiu bez nadziei na inne jutro tych poza nawiasem: bezrobotnych bezdomnych odgrodzonych wysokim murem twojej posiadłości -- to dwa światy: w jednym ludzie umierają z braku miłości. w drugim -- z braku chleba | ||
|
| 076 święta święta i po świętach | ||
| święta mają wysysający wymiar. sprzedawcy liczą na drenaż kieszeni oferując bezużyteczne przedmioty na pierwszym miejscu króluje choinka z akcesoriami może to być sosna górska jodła włoska lub świerk kalifornijski w cenie dwustu złotych albo jak kto woli pięćdziesięciu euro może być także żywa i pachnąca prosto z lasu jest dużo tańsza ale istnieje niebezpieczeństwo że szpilki spadną zanim zabłyśnie gwiazdka do tego ręcznie malowane bombki (bagatela! 5 euro za sztukę) łańcuchy girlandy lampki kokardki gwiazdki czubki niezliczone plejady świecidełek jakby tego było mało choinka opiera się na prezentach bez kolorowych pudełek paczuszek torebeczek spełniających życzenia byłaby różą na pustyni podziel się dobrym słowem nawołują stacje radiowe zabaw się w świętego Mikołaja odwiedzając domy dziecka ustaw dodatkowe nakrycie zgodnie z obyczajem tylko czy wystarczy jedna gwiazdka w roku by odtajały sumienia | ||
|
| 077 na tacę | ||
| w kościele pośród wiernych młoda cyganka na kolanach daj pane grosik daj nie żałuj daj tłum w modlitwie zastygał kamienną łzą | ||
|
| 078 od oka | ||
| wieczór przyczajony jak tygrys do skoku gotowy chwycić za gardło więc dzwonisz może ktoś odpłaci pięknym za nadobne zrozumie i ocali płoną łańcuchy świateł girlandy choinki mikołaj z białą brodą puszcza perskie oko a jemioła znów wisi nad stołem wysoko kolędnicy się troją a bramy zamknięte. psy z przymrużonym okiem kąsają w potrzebie i przy pustym nakryciu gość oczekiwany jawi się solą w oku płoną łańcuchy świateł girlandy choinki mikołaj z białą brodą puszcza perskie oko a jemioła znów tańczy nad stołem wysoko dwadzieścia jeden toastów za zdrowie za szczęście rodziny pomyślność - nie biedę czego oczy nie widzą uda się zamydlić zapleśniałym chlebem grudzień 2003 | ||
|
| 079 odwieczne spory | ||
| jest czy go nie ma jest dobry i sprawiedliwy czy zły i okrutny po co w to mieszać Boga to przecież człowiek człowiekowi zadaje ból i cierpienie to homo sapiens przeraża zabija niszczy spójrz nieruchome oczy setek bezimiennych oni zwątpili słyszysz wciąż syczy że on by tak wszystkich | ||
|
| 080 cudzy ból jest inny niż własny | ||
| 1. doktor Ewa wchodzi do jaskini nad otworem wianuszek kobiet zastyga w oczekiwaniu nic nie ma - słychać z głębi jamy jak to nic nie ma - krzyk Jasnej podnosi z kolan kobiety ona szuka od lat. syn miał czerwone kalosze rozdzielili ich żołnierze. najładniejsze dziewczęta zabierali do gwałtu. wróciła upokorzona nie było dzieci ani męża. nie było też dziesięciu tysięcy innych mężczyzn nie zmieścili się pod zwisającym sznurem mieszkańcy wioski nie chcą powrócić po obu stronach drogi czai się las łopianów dwanaście pagórków szeleści oddechami pod darnią mogił. patrzą na ręce tym co wykopują Jasna odnalazła czaszkę męża wtedy po raz pierwszy zapłakała te dziesięć tysięcy wciąż czeka na spotkanie z bliskimi może wtedy spróbują wybaczyć 2 na terakocie poukładane kosteczki to szkielety dzieci Meyry dzięki identyfikacji DNA może je teraz pochować nad grobami kobiety w czerni nie miały tyle szczęścia co Meyra zazdrośnie szepczą: Allach akbar pomóż odnaleźć nasze dzieci teraz wszyscy potrzebują boga może On zdoła przezwyciężyć nienawiść | ||
|
| 081 sposób na życie | ||
| wyłaniał się z porannej mgły i dobijał do celu niczym okręt do wysp koralowych. poszukiwacz skarbów tak samotny jak ślad piętaszka na bezludnej wyspie przywiązywał tekturowe pudełka do ram dwukołowego wehikułu jakby układał białe kruki w antykwariacie zawieszał brudne siatki z butelkami i chlebem czesał wilgotną zawartość długim pogrzebaczem wierząc że prawdziwe skarby utonęły najgłębiej wyławiał łańcuszek od pierwszej komunii święty obrazek w pozłacanych ramkach zwinięte w rulonik wystrzępione banknoty potem odpływał załadowany jak dromader budząc żarłoczne rekiny. zgrzytały hałaśliwie pochłaniając nadgniłe resztki po latach na jego miejscu pojawili się obcy mężczyźni o smutnych twarzach i mali chłopcy o głodnych oczach skaczą żałośnie na jednej nodze gniotąc blaszane puszki | ||
|
| 082 wspomnienia kustosza | ||
| od trzydziestu lat patrzysz w twarz tej dziewczynki i próbujesz zapomnieć ona trzyma bukiet uśmiecha się niewinnie jakby chciała zapytać czy wszystko wokół jest tak piękne jak te kwiaty będziesz zawsze pamiętał tamten świąteczny poranek urządziłeś przyjęcie dzieci jadły czekoladę śpiewały kolędy nagły błysk i huk przeraził ciszę do kościoła wpadł granat dzieci zaczęły uciekać wprost w oślepiający błysk karabinów upadły rozrzucone jak pocięte kwiaty patrzyłeś jak ziemia nasiąkała krwią widzisz to jeszcze do dziś od trzydziestu lat patrzysz tylko na ten portret i myślisz: "nikt jej nigdy nie zabije" "ona się nigdy nie zestarzeje" tamtego świątecznego poranka padał deszcz dzieci i tak weszłyby do tego kościoła i stałoby się to co stać się musiało | ||
|
| 083 na linie | ||
| na przeciągniętej linie balansuję w podmuchach wiatru pomiędzy niebem a ziemią pomiędzy miłością a nienawiścią pomiędzy radością a rozpaczą pod stopami chropowate napięcie i niebezpieczna gładkość tańczy powietrze w pustce dłoni jeszcze chwilę... | ||
|
| 084 telegram | ||
| s zkoda każdej minuty na dupe r ele intrygi relacje lew a dam krukowi oka nie wyj m ie-siąc matactw gra toczy kolej n a afera petent koperta grub a komu karta wypadnie ten bęc w ał wanda nie chciała a niemca lepiej do wisły s koczyć wola twoja panie | ||
|