pieśń o symfoniuszu nr 1- pamiętnik
tego dnia spóźnił się do pracy
wychodząc powiedział: już wiem dlaczego boli cię głowa
i pokazał gruby brulion zawinięty w gazetę. poprzedniej nocy
długo nie kładłam się zapisując kolejne kartki

teraz stałam jak słup soli porażona błyskiem
bursztynowych oczu. miałam ochotę rozsypać się
i zniknąć na niewyobrażalną głębokość

dzień minął na rozpaczliwym obmyślaniu prawdy
w którą najpierw sama mogłabym uwierzyć

wrócił późnym wieczorem i nie odezwał się ani razu
chodził z kąta w kąt omijając spojrzenia. słowa trafiały
w granit; opadały bezwładnie jak zmrożone liście

tak minęło kilka dni bezsilności; moje monologi
wściekle przeplatane jego milczeniem.

aż któregoś wieczoru zmienił front. z uśmiechem
wręczył mi papierowe zawiniątko. w szkatułce błyszczały
misternie splecione koszyczki z rubinem i ametystem

zamykamy przeszłość - powiedział z ulgą. ty spalisz
pamiętnik - ja zapomnę że kiedykolwiek go czytałem
10.07.2005  ::    skomentuj (1)
pieśń o symfoniuszu nr 2 - w ogrodzie
w niedzielne przedpołudnie wynosi niebieski materac
smaruje mi plecy i ramiona mleczkiem firmy loreal
a potem kontroluje skutki opalania

gdy proszę o coś chłodnego przynosi z lodówki
pokrojonego w plastry arbuza. potem dzieli na trójkąciki
i podaje różowe sople wprost do ust

smaruję symfoniusza lepkim sokiem i naklejam pestki
zaplątując kilka we włosach bujnej brody. śmiejemy się
że to czarna ospa i jak nic dostanie gorączki

polewamy się chłodną wodą z ogrodowego węża
a potem suszymy napełniając kieliszki szampanem
symfoniusz jest zachwycony
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 3 - spełnienie
linie papilarne symfoniusza są pełne zadrapań i blizn
z konstrukcją schodów i ścian długo zaprzyjaźniał dłonie
spłodził syna wybudował dom i posadził niejedno drzewo

czasami z nieznanych powodów symfoniusz zapada się w sobie
znika na dzień lub dwa ale zawsze powraca o zmierzchu
ma oczy zbitego psa i mamrocze mea culpa mea culpa

nie jestem małostkowa sadzę w ogrodzie srebrne świerki
podlewam krzewy mandarynek i wtedy symfoniusz się dziwi
przecież las jest za płotem a sklepy latem i zimą pełne owoców
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 4 - wędkarz
symfoniusz tak jak rzeka miewa kaprysy
więc czasem dostępuję zaszczytu
moczenia kija w Wiśle. a to takie zabawne
jak symfoniusz ślini te robaki. wkłada na haczyk
różowe rozhisteryzowane ruloniki
a potem rzuca jak najdalej i patrzy urzeczony
w tę drgającą szczytówkę
w ten śmieszny kij
w te podskakujące spławiki
i w te beznadziejne kółka na wodzie

a ja kryję uśmiech za plecami
karmię się zapachem łąki
udaję że czytam
i że nic a nic mnie nie obchodzi
los nie złapanych leszczy
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 5 - kucharz
symfoniusz jest świetnym kucharzem i uwielbia ryby
ja ich nie cierpię (szczególnie zapachu śledzi z cebulą)
a symfoniusz się złości i mówi że nie wiem co dobre

kiedyś próbowałam zrobić niespodziankę
podając mu śledzie po japońsku (ale zwietrzył podstęp)
domyślił się że kupiłam w stołówce
więcej tego nie rób zakazał kategorycznie

te swoje ryby zamawia u znajomego rybaka
przywozi jeszcze żywe i długo z nimi rozmawia
smaży w oddzielnej kuchni ale i tak
zapach rozchodzi się po całym domu

cieszę się że sam nie wędkuje
ale tylko dlatego że kiedy próbuje
i tak żadna ryba nie połknie haczyka
(a to taki realista )

czasem symfoniusz próbuje mnie przekonać
do szczególnych wartości odżywczych
podsuwa dokładnie obrany z ości kęs i patrzy
z pogardą na otwartą puszkę z tuńczykiem

a mnie wcale nie żal tych nie zjedzonych ryb
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 6 - sportowiec
symfoniusz nie zrealizował swojej pasji
nie został zawodowym sportowcem
(kimś w rodzaju szozdy lub szurkowskiego)

kiedy nieszczęsny gabilon zrzucił go z siodła
niwecząc marzenia o kolarstwie
został muzykiem w b o s*

wieczorami wkładał odświętny strój
i udawał się do filharmonii

nie wyjaśnił powodów ale pewnego razu
powiedział Benowi: "pocałuj mnie w dupę"
i nigdy więcej nie wziął do ręki skrzypiec

czasami gdy ogląda wyścig pokoju
zapomina że to nie on jest liderem w peletonie
i na mecie nie potrafi ukryć wzruszenia

* bostońska orkiestra symfoniczna
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 7 - marzyciel
symfoniusz długo poszukiwał swego miejsca na ziemi
przemierzał spalone pustynie i dzikie górskie ścieżki
przedzierał się przez bagna kaleczył w zaroślach
walczył z pragnieniem i samotnością

wreszcie na zboczu góry pokrytej świerkami
zbudował biały dom z obszernym tarasem
i niezliczoną ilością wysokich latarni

posadził szpalery wyszukanych cyprysów
strzelistych jałowców kształtnych bukszpanów
osłaniając szeregiem białych kamieni
chroniących przed wiosennym rozmyciem

nocami dom przypomina zamek czarnoksiężnika
nawet czasem pojawia się w oknie złotowłosa postać
a na dziedzińcu słychać stukot kopyt i chrzęst zbroi

wierzę symfoniuszowi gdy mówi
że tutaj zachód słońca jest najpiękniejszy
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 8 - podróż
lśniący pas jezdni i mrugające słupki poboczy
pozwalały utrzymać w ryzach 120 KM
wchodzących w zakręty z uporem maniaka
w noc. w deszcz

w dziurawe jak szwajcarski ser kilometry
mokrego asfaltu i karkołomne pobocza
na granicach uśmiechnięci celnicy pytali
pro forma: "skąd - dokąd"

mokry ranek nabierał soczystych kolorów
powietrze łagodniało z każdym kolejnym zakrętem
zielony tunel wsysał wilgoć
iskrzył złotem

w oddali górzyste zbocza winorośli a obok
pokręcone uliczki miasteczka Tokaj. na poboczach
wielkie dębowe beczki z napisem - "BOR"
wlewamy półsłodkie plastikowym wężykiem
do dwulitrowych butelek

symfoniusz rozkręca się do granic wytrzymałości
(mojej wytrzymałości!). wyciska 140 na godzinę
droga jak stół. pusto. żadnych kontroli
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 9 - wakacje
docieramy na miejsce. symfoniusz z niespożytą energią
wbija śledzie do namiotu pompuje materace a ja pałętam się
i marzę już tylko o jednym: ciało zanurzone w wodzie...

Hajduszoboszlo. jedno z wielu węgierskich kurortów
w basenach woda termiczna schładzana do 38 stopni
jezioro z piaszczystą plażą. statek piracki na mieliźnie
latarnia morska. pod mostkami karpie walczą o okruchy

tumult setek stóp dudni w sztucznej fali. miesza się z okrzykami
i gwizdem ratowników.(półnagie dzikusy w nieokiełznanym tańcu)
na brzegach basenów setki rozgrzanych ciał zużywają hektolitry
mleczka kokosowego oddając się przymusowi nicnierobienia

w środku wzburzonego kotła wytryska srebrny grzyb
szumi miniaturowa Niagara zalewa oczy usta
stoję na jednej nodze próbując utrzymać równowagę

szwargot rudawych blondasów z oczami jak niezabudki
wymusza uśmiech. udaję zrozumienie. bez słowa
przerzucamy oczko z sympatycznym z Gdańska

leżę na białym murku. przyglądam się smugom
roztańczonym na dnie basenu. woń kwitnącej katalpy
miesza się z zapachem chilii sera i czosnkowej langoszy

symfoniusz ma alergię. na wszystko. dostaje uczulenia
w najmniej oczekiwanych momentach (zupełnie jak na złość)
rozpuszcza calcium w winie twierdząc że taka mikstura
łagodzi swędzenie. zarzeka się że więcej nie przyjedzie

pod niebem z gwiazd zapowiada się gorący wieczór
przed godziną w agua parku ucichły zjeżdżalnie
umilkł warkot szybowców i paralotni
z kameralnej knajpki sączy się wieczorna suita
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu. nr 10 - katastrofa
zanim nastąpiła ostateczna katastrofa
przez pierwszy tydzień unosił się charakterystyczny
nieprzyjemny zapach. znając swoje wyczulenie
podejrzewałam że coś niedobrego wisi w powietrzu

kolejne dni utwierdzały mnie w przekonaniu
że to coś zbliża się nieuchronnie. szczególnie
gdy ni stąd ni zowąd pomimo siatek w oknach
pojawiały się wielkie zielono połyskujące muchy

co prawda poradziłam sobie natychmiast
ale zapach pozostał. z nosem przy każdej szczelinie
jak oszalały pies co zgubił trop swego pana
obwąchiwałam w piwnicy wszystkie zakamarki

pralnia kotłownia kuchnia spiżarnia
były w idealnym porządku. podłogi ściany
lśniły niczym karoserie w salonach chryslera
a jednak włączony całą dobę wyciąg
zupełnie nie skutkował

zapach stawał się nie do zniesienia.
musiało się coś wydarzyć. i stało się
symfoniusz wrócił z kilkudniowej podróży
a to coś postawiło go na równe nogi
przeskakując po kilka stopni zbiegł do piwnicy.

wyjaśnienie było proste. rozmrażając lodówkę
nie opróżnił pojemnika zamrażarki
biała kiełbasa nie była biała tylko z nazwy;
ona miała dodatkowo nogi

był tak samo wściekły jak ja
masz rację Van - to cholerny niezguła
10.07.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 11 - świętowanie
symfoniusz ma w sobie coś z ptaka (bo ptaki
mają coś z ludzkich marzeń). gdyby natura
nie poskąpiła mu skrzydeł najpewniej wirowałby
pierzastym obłoczkiem wśród stada srebrnobiałych gołębi
po słonecznikowych promieniach nieba

a tymczasem z niespożytą energią (niczym kret)
przekopuje ogrodowe alejki i na puchowej najczystszej bieli
rozwija latające dywany. odgraża się całkiem poważnie
że wiosną powyrywa wszystkie krzewy róż
które posadziłam zbyt blisko trzepaka

aby tradycji stało się zadość na ośnieżonym drzewku
wiesza kolorowe lampiony zapala złote gwiazdki
(coraz trudniej dosięgnąć czubka)
podgląda zza firanek jak dzieci lepią bałwana
i uszczęśliwiony mówi że już możemy świętować
8.06.2005  ::    skomentuj (0)
pieśń o symfoniuszu nr 12 - odśnieżanie
prószyło jak z poszarpanej poduszki. nowy rok przysypywał
niedokończone sprawy. wypełniał czarne dziury próbując
spiąć tytanowym ogniwem rozsypany łańcuch z życzeniami
(staremu zabrakło czasu a może zdecydowania i odwagi)

zabawa zabawą a dla wybrańców kawał porządnej roboty
jednego wyciągnęli z komina drugiego z sadzawki. kilku innych
pozszywali i nawet ukołysali w przytulnych łóżeczkach

rankiem symfoniusz przesypywał z pustego w próżne. machał
drewnianą łopatą odśnieżając podjazd. beta przeskakiwała
pierzaste kopczyki. wachlowała ogonem strząsając śnieg
z gałęzi jałowca. jeszcze wyraźniej iskrzyły kolorowe lampki
8.06.2005  ::    skomentuj (0)
letnia symfonia - epilog - podsłuchane
na Florydzie mają preferencje i zniżki
mogli dostać na raty ale zapłacili złotem
- po pięć kilogramów przywieźli z Polski

(nie można mówić źle zaraz krzyczą: antysemita)

w stanie wojennym pojechałem do Chicago
przez dwa lata harowałem jak wół a potem
praca za dobre pieniądze. byłem na prostej

nagle zacząłem tracić równowagę. krwiak
rozpychał czaszkę. byłem skończony a jednak
zoperowali za darmo. dali słuchawki. rentę

(miałem szesnaście lat gdy skopało mnie SB)

nic nie przychodzi łatwo. na tym polega demokracja
dadzą zasiłki i talony ale trzeba umieć walczyć
czytałem: koran biblie diabelskie wersety - wiem swoje
8.06.2005  ::    skomentuj (0)
letnia symfonia - epilog - podpatrzone
przychodziła wsparta na ramieniu ojca czasem matki
ciemne włosy zdobił słomkowy kapelusik z herbacianą różą
mogła przypominać nenufar w brunatnym bajorze
gdyby nie szokująca czerń uśmiechu

balzakowska piękność o rubensowskich kształtach
łowiła spojrzenia precyzyjnie upiętą fryzurą
na szczycie blond kopca brylowały okulary w kształcie motyla

ruda ze spiralkami włosów i twarzy lisicy
pojawiła się tylko raz. siedziała na brzegu basenu
a wystające obojczyki dziurawiły cienie drzew

złoty łańcuch owijał gruby kark Ślązaka
rodzice wyjechali na zachód gdy miał osiem lat
przyjeżdża co roku. przy piwie poznał grubą rybę
kupił kilkanaście działek. teraz odcina kupony
8.06.2005  ::    skomentuj (0)