| pieśń o symfoniuszu nr 1- pamiętnik | ||
| tego dnia spóźnił się do pracy wychodząc powiedział: już wiem dlaczego boli cię głowa i pokazał gruby brulion zawinięty w gazetę. poprzedniej nocy długo nie kładłam się zapisując kolejne kartki teraz stałam jak słup soli porażona błyskiem bursztynowych oczu. miałam ochotę rozsypać się i zniknąć na niewyobrażalną głębokość dzień minął na rozpaczliwym obmyślaniu prawdy w którą najpierw sama mogłabym uwierzyć wrócił późnym wieczorem i nie odezwał się ani razu chodził z kąta w kąt omijając spojrzenia. słowa trafiały w granit; opadały bezwładnie jak zmrożone liście tak minęło kilka dni bezsilności; moje monologi wściekle przeplatane jego milczeniem. aż któregoś wieczoru zmienił front. z uśmiechem wręczył mi papierowe zawiniątko. w szkatułce błyszczały misternie splecione koszyczki z rubinem i ametystem zamykamy przeszłość - powiedział z ulgą. ty spalisz pamiętnik - ja zapomnę że kiedykolwiek go czytałem | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 2 - w ogrodzie | ||
| w niedzielne przedpołudnie wynosi niebieski materac smaruje mi plecy i ramiona mleczkiem firmy loreal a potem kontroluje skutki opalania gdy proszę o coś chłodnego przynosi z lodówki pokrojonego w plastry arbuza. potem dzieli na trójkąciki i podaje różowe sople wprost do ust smaruję symfoniusza lepkim sokiem i naklejam pestki zaplątując kilka we włosach bujnej brody. śmiejemy się że to czarna ospa i jak nic dostanie gorączki polewamy się chłodną wodą z ogrodowego węża a potem suszymy napełniając kieliszki szampanem symfoniusz jest zachwycony | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 3 - spełnienie | ||
| linie papilarne symfoniusza są pełne zadrapań i blizn z konstrukcją schodów i ścian długo zaprzyjaźniał dłonie spłodził syna wybudował dom i posadził niejedno drzewo czasami z nieznanych powodów symfoniusz zapada się w sobie znika na dzień lub dwa ale zawsze powraca o zmierzchu ma oczy zbitego psa i mamrocze mea culpa mea culpa nie jestem małostkowa sadzę w ogrodzie srebrne świerki podlewam krzewy mandarynek i wtedy symfoniusz się dziwi przecież las jest za płotem a sklepy latem i zimą pełne owoców | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 4 - wędkarz | ||
| symfoniusz tak jak rzeka miewa kaprysy więc czasem dostępuję zaszczytu moczenia kija w Wiśle. a to takie zabawne jak symfoniusz ślini te robaki. wkłada na haczyk różowe rozhisteryzowane ruloniki a potem rzuca jak najdalej i patrzy urzeczony w tę drgającą szczytówkę w ten śmieszny kij w te podskakujące spławiki i w te beznadziejne kółka na wodzie a ja kryję uśmiech za plecami karmię się zapachem łąki udaję że czytam i że nic a nic mnie nie obchodzi los nie złapanych leszczy | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 5 - kucharz | ||
| symfoniusz jest świetnym kucharzem i uwielbia ryby ja ich nie cierpię (szczególnie zapachu śledzi z cebulą) a symfoniusz się złości i mówi że nie wiem co dobre kiedyś próbowałam zrobić niespodziankę podając mu śledzie po japońsku (ale zwietrzył podstęp) domyślił się że kupiłam w stołówce więcej tego nie rób zakazał kategorycznie te swoje ryby zamawia u znajomego rybaka przywozi jeszcze żywe i długo z nimi rozmawia smaży w oddzielnej kuchni ale i tak zapach rozchodzi się po całym domu cieszę się że sam nie wędkuje ale tylko dlatego że kiedy próbuje i tak żadna ryba nie połknie haczyka (a to taki realista ) czasem symfoniusz próbuje mnie przekonać do szczególnych wartości odżywczych podsuwa dokładnie obrany z ości kęs i patrzy z pogardą na otwartą puszkę z tuńczykiem a mnie wcale nie żal tych nie zjedzonych ryb | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 6 - sportowiec | ||
| symfoniusz nie zrealizował swojej pasji nie został zawodowym sportowcem (kimś w rodzaju szozdy lub szurkowskiego) kiedy nieszczęsny gabilon zrzucił go z siodła niwecząc marzenia o kolarstwie został muzykiem w b o s* wieczorami wkładał odświętny strój i udawał się do filharmonii nie wyjaśnił powodów ale pewnego razu powiedział Benowi: "pocałuj mnie w dupę" i nigdy więcej nie wziął do ręki skrzypiec czasami gdy ogląda wyścig pokoju zapomina że to nie on jest liderem w peletonie i na mecie nie potrafi ukryć wzruszenia * bostońska orkiestra symfoniczna | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 7 - marzyciel | ||
| symfoniusz długo poszukiwał swego miejsca na ziemi przemierzał spalone pustynie i dzikie górskie ścieżki przedzierał się przez bagna kaleczył w zaroślach walczył z pragnieniem i samotnością wreszcie na zboczu góry pokrytej świerkami zbudował biały dom z obszernym tarasem i niezliczoną ilością wysokich latarni posadził szpalery wyszukanych cyprysów strzelistych jałowców kształtnych bukszpanów osłaniając szeregiem białych kamieni chroniących przed wiosennym rozmyciem nocami dom przypomina zamek czarnoksiężnika nawet czasem pojawia się w oknie złotowłosa postać a na dziedzińcu słychać stukot kopyt i chrzęst zbroi wierzę symfoniuszowi gdy mówi że tutaj zachód słońca jest najpiękniejszy | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 8 - podróż | ||
| lśniący pas jezdni i mrugające słupki poboczy pozwalały utrzymać w ryzach 120 KM wchodzących w zakręty z uporem maniaka w noc. w deszcz w dziurawe jak szwajcarski ser kilometry mokrego asfaltu i karkołomne pobocza na granicach uśmiechnięci celnicy pytali pro forma: "skąd - dokąd" mokry ranek nabierał soczystych kolorów powietrze łagodniało z każdym kolejnym zakrętem zielony tunel wsysał wilgoć iskrzył złotem w oddali górzyste zbocza winorośli a obok pokręcone uliczki miasteczka Tokaj. na poboczach wielkie dębowe beczki z napisem - "BOR" wlewamy półsłodkie plastikowym wężykiem do dwulitrowych butelek symfoniusz rozkręca się do granic wytrzymałości (mojej wytrzymałości!). wyciska 140 na godzinę droga jak stół. pusto. żadnych kontroli | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 9 - wakacje | ||
| docieramy na miejsce. symfoniusz z niespożytą energią wbija śledzie do namiotu pompuje materace a ja pałętam się i marzę już tylko o jednym: ciało zanurzone w wodzie... Hajduszoboszlo. jedno z wielu węgierskich kurortów w basenach woda termiczna schładzana do 38 stopni jezioro z piaszczystą plażą. statek piracki na mieliźnie latarnia morska. pod mostkami karpie walczą o okruchy tumult setek stóp dudni w sztucznej fali. miesza się z okrzykami i gwizdem ratowników.(półnagie dzikusy w nieokiełznanym tańcu) na brzegach basenów setki rozgrzanych ciał zużywają hektolitry mleczka kokosowego oddając się przymusowi nicnierobienia w środku wzburzonego kotła wytryska srebrny grzyb szumi miniaturowa Niagara zalewa oczy usta stoję na jednej nodze próbując utrzymać równowagę szwargot rudawych blondasów z oczami jak niezabudki wymusza uśmiech. udaję zrozumienie. bez słowa przerzucamy oczko z sympatycznym z Gdańska leżę na białym murku. przyglądam się smugom roztańczonym na dnie basenu. woń kwitnącej katalpy miesza się z zapachem chilii sera i czosnkowej langoszy symfoniusz ma alergię. na wszystko. dostaje uczulenia w najmniej oczekiwanych momentach (zupełnie jak na złość) rozpuszcza calcium w winie twierdząc że taka mikstura łagodzi swędzenie. zarzeka się że więcej nie przyjedzie pod niebem z gwiazd zapowiada się gorący wieczór przed godziną w agua parku ucichły zjeżdżalnie umilkł warkot szybowców i paralotni z kameralnej knajpki sączy się wieczorna suita | ||
|
| pieśń o symfoniuszu. nr 10 - katastrofa | ||
| zanim nastąpiła ostateczna katastrofa przez pierwszy tydzień unosił się charakterystyczny nieprzyjemny zapach. znając swoje wyczulenie podejrzewałam że coś niedobrego wisi w powietrzu kolejne dni utwierdzały mnie w przekonaniu że to coś zbliża się nieuchronnie. szczególnie gdy ni stąd ni zowąd pomimo siatek w oknach pojawiały się wielkie zielono połyskujące muchy co prawda poradziłam sobie natychmiast ale zapach pozostał. z nosem przy każdej szczelinie jak oszalały pies co zgubił trop swego pana obwąchiwałam w piwnicy wszystkie zakamarki pralnia kotłownia kuchnia spiżarnia były w idealnym porządku. podłogi ściany lśniły niczym karoserie w salonach chryslera a jednak włączony całą dobę wyciąg zupełnie nie skutkował zapach stawał się nie do zniesienia. musiało się coś wydarzyć. i stało się symfoniusz wrócił z kilkudniowej podróży a to coś postawiło go na równe nogi przeskakując po kilka stopni zbiegł do piwnicy. wyjaśnienie było proste. rozmrażając lodówkę nie opróżnił pojemnika zamrażarki biała kiełbasa nie była biała tylko z nazwy; ona miała dodatkowo nogi był tak samo wściekły jak ja masz rację Van - to cholerny niezguła | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 11 - świętowanie | ||
| symfoniusz ma w sobie coś z ptaka (bo ptaki mają coś z ludzkich marzeń). gdyby natura nie poskąpiła mu skrzydeł najpewniej wirowałby pierzastym obłoczkiem wśród stada srebrnobiałych gołębi po słonecznikowych promieniach nieba a tymczasem z niespożytą energią (niczym kret) przekopuje ogrodowe alejki i na puchowej najczystszej bieli rozwija latające dywany. odgraża się całkiem poważnie że wiosną powyrywa wszystkie krzewy róż które posadziłam zbyt blisko trzepaka aby tradycji stało się zadość na ośnieżonym drzewku wiesza kolorowe lampiony zapala złote gwiazdki (coraz trudniej dosięgnąć czubka) podgląda zza firanek jak dzieci lepią bałwana i uszczęśliwiony mówi że już możemy świętować | ||
|
| pieśń o symfoniuszu nr 12 - odśnieżanie | ||
| prószyło jak z poszarpanej poduszki. nowy rok przysypywał niedokończone sprawy. wypełniał czarne dziury próbując spiąć tytanowym ogniwem rozsypany łańcuch z życzeniami (staremu zabrakło czasu a może zdecydowania i odwagi) zabawa zabawą a dla wybrańców kawał porządnej roboty jednego wyciągnęli z komina drugiego z sadzawki. kilku innych pozszywali i nawet ukołysali w przytulnych łóżeczkach rankiem symfoniusz przesypywał z pustego w próżne. machał drewnianą łopatą odśnieżając podjazd. beta przeskakiwała pierzaste kopczyki. wachlowała ogonem strząsając śnieg z gałęzi jałowca. jeszcze wyraźniej iskrzyły kolorowe lampki | ||
|
| letnia symfonia - epilog - podsłuchane | ||
| na Florydzie mają preferencje i zniżki mogli dostać na raty ale zapłacili złotem - po pięć kilogramów przywieźli z Polski (nie można mówić źle zaraz krzyczą: antysemita) w stanie wojennym pojechałem do Chicago przez dwa lata harowałem jak wół a potem praca za dobre pieniądze. byłem na prostej nagle zacząłem tracić równowagę. krwiak rozpychał czaszkę. byłem skończony a jednak zoperowali za darmo. dali słuchawki. rentę (miałem szesnaście lat gdy skopało mnie SB) nic nie przychodzi łatwo. na tym polega demokracja dadzą zasiłki i talony ale trzeba umieć walczyć czytałem: koran biblie diabelskie wersety - wiem swoje | ||
|
| letnia symfonia - epilog - podpatrzone | ||
| przychodziła wsparta na ramieniu ojca czasem matki ciemne włosy zdobił słomkowy kapelusik z herbacianą różą mogła przypominać nenufar w brunatnym bajorze gdyby nie szokująca czerń uśmiechu balzakowska piękność o rubensowskich kształtach łowiła spojrzenia precyzyjnie upiętą fryzurą na szczycie blond kopca brylowały okulary w kształcie motyla ruda ze spiralkami włosów i twarzy lisicy pojawiła się tylko raz. siedziała na brzegu basenu a wystające obojczyki dziurawiły cienie drzew złoty łańcuch owijał gruby kark Ślązaka rodzice wyjechali na zachód gdy miał osiem lat przyjeżdża co roku. przy piwie poznał grubą rybę kupił kilkanaście działek. teraz odcina kupony | ||
|